wtorek, 16 października 2018

Przepiórki na toście z chałki

www.chleby.info

Dzisiaj będzie dość nietypowy przepis. Przepisy takie jak ten naprawdę rzadko goszczą na blogu. Nietypowy, bo nasz blog słynie raczej z prostoty. Na tym właściwie wyrobiliśmy sobie markę. Na tym, że z naszych przepisów może skorzystać każdy w dowolnym momencie, nie potrzeba do nich wymyślnych składników. Wystarczy to, co niemal każdy ma zawsze w lodówce czy kuchennej szafce. Ale dzisiaj, wyjątkowo, będzie inaczej. Przepis jak zawsze będzie prosty, ale składnik dość nietypowy. Mianowicie potrzebne będą przepiórki. Przepis ten można wykorzystać w wyjątkowych okolicznościach, gdy chcemy na kimś zrobić wrażenie. Na przykład na randce, gdy zapraszamy kogoś do domu na kolację. Nie stracimy czasu na przygotowanie tej potrawy, a wrażenie gwarantowane. Zresztą walory smakowe też długo pozostaną w pamięci. Minusem jest to, że przepiórki raczej do tanich nie należą, ale raz na jakiś czas można sobie pozwolić żeby przed kimś zabłysnąć.
     

wtorek, 9 października 2018

Klopsiki w sosie koperkowo-chrzanowym

www.chleby.info

Dzisiaj miałem z Anią rozmowę o cellulicie. Na początek warto więc uściślić czym ten cellulit jest. Otóż był to sławny grecki filozof żyjący przed naszą erą. Jego imieniem nazwano także zjawisko, pojawiające się często na ludziach.

Cellulit nie wygląda jak zwykłe zwały tłuszczu, ale jak skórka mandarynki, pomarańczy, czy innego owocu w niskiej rozdzielczości. Jest on niezwykle niechciany przez wszystkich.

Powstały nawet specjalne metody (np. głodówka, masażery, diety, siłownie), które prowadzą do nabijania czyjejś kieszeni niezłą kasą zaniku czegokolwiek tłustego. Najskuteczniejszą metodą usuwania cellulitu jest Paint lub Photoshop, jednak po tak drastyczne środki nie wszyscy ważą się sięgać. Istnieje jednak metoda peelingu polegająca na kąpieli w cukrze, specjalnym płynie lub budyniu.
     

wtorek, 2 października 2018

Poduszeczki z ciasta francuskiego z farszem szpinakowo-pieczarkowym

www.chleby.info

Czasami rano, jadąc do pracy, udaje nam się wyrobić na warszawski „ekspres nr 7” (czyli linię E-7). Od momentu kiedy do niego wsiadamy, autobus zatrzymuje się raptem na 4 przystankach, a poza tym gna, jak szalony. 
Na przedostatnim przystanku wsiada cała armia ludzi (Wołomin, Ząbki, Wyszków i co tam jeszcze po tamtej stronie Warszawy jest). Już któryś raz z kolei zauważyliśmy pewnego charakterystycznego pana. Wiek ok. 40 lat, aparycja dewoty, fotochromy na nosie, plecak prawie ze stelażem na grzbiecie, odzienie typowego siedemdziesięciolatka (żeby nie było, że coś do człowieka mamy, próbujemy jedynie wiernie oddać tło wydarzeń). W autobusie ciasno, jak w puszce szprotek w oleju. Palca nie ma gdzie wsadzić. Rzeczony pan, zgodnie z tradycją, wpada do pojazdu. Jak zawsze, ostatnie drzwi przegubowca (wiadomo: schodki, siedzenia bokiem, przodem, tyłem). Staje na tychże schodkach, zaczyna zdejmować plecak, autobus rusza, pan chwieje się na wszystkie strony, walczy z bagażem, grzebie w nim, kołysze się, łapie rurek, znowu grzebie, zdejmuje czapkę, zakłada, zdejmuje, wkłada do plecaka, buja się, łapie rurkę, grzebie, buja się, wyjmuje wymiętoszone kartki, buja się, zasuwa plecak, znowu się kołysze, łapie rurkę, rozkłada kartki, puszcza rurkę, faluje, grzebie w kartkach, znowu rurka, kartka, rurka, bujanie, kartka… Ufff… udało się, łapie rurkę… czyta… puszcza rurkę… przekłada kartki czegoś, co ma wewnątrz tego wymiętoszonego pliku, żegna się, bije w pierś, kołysze, łapie rurkę, mea culpa, leci na współpasażerów, rurka, książeczka do nabożeństwa, przechyla się człek niebezpiecznie do tyłu, autobus hamuje, koleś leci do przodu, książeczka upadła, szuka jej między nogami innych pasażerów, znajduje, otrzepuje, grzebie w plecaku, wyjmuje czapkę, wkłada na głowę, wraca do czytania, znowu zdejmuje to nakrycie z łepetyny, bije się w pierś, łapie rurki. Nagle… przerażenie w oczach… przystanek końcowy. Zakłada czapkę, grzebie w plecaku, autobus zakręca, bykiem wpada w brzuch faceta siedzącego nieopodal – przepraszam brak, facet niemal lewituje, lata od lewa do prawa, bo ciągle grzebie w tym plecaku. Ufff… Udało się! Upchał papierzyska w plecaku, zasunął go, wetknął czapkę na głowę, zapiął kurtkę, złapał rurkę… Autobus się zatrzymał, drzwi otworzono, facet wyskoczył jak filip z konopi, mając w głębokim poważaniu innych pasażerów. O i tak moi mili. Najprawdopodobniej proceder powtarza się codziennie. My widzieliśmy to już po raz trzeci. A pan chyba nie modli się zbyt żarliwie, bo ryzykuje życiem każdego dnia…
     

wtorek, 25 września 2018

Tostowana drożdżówka z karmelizowanymi pomidorami i lodami

www.chleby.info

Nie ma gorszego raka niż strony internetowe z przepisami. Wpisujesz w google "proste dania dla studentów". Oto pierwszy wynik: "Makaron z boczkiem i cebulą". Myślisz sobie: spoko, zrobię. 

Składniki: 
- makaron ze szwajcarskiej mąki mielonej sposobem tradycyjnym
- boczek z dzikich świń z Afryki
- łzy brazylijskiego noworodka
- kryształ z serca góry Uga Buga
- cebula rotszwalcka wyhodowana w ziemi torfowej
- sól himalajska

Sposób przygotowania: Cebulę posiekać dobrze naostrzonym mieczem samurajskim, dolać dokładnie 3,79 kropli łez noworodka, boczek podsmażyć smoczym oddechem, a makaron gotować we wrzącej wodzie we własnych ustach. Na koniec posolić. Tylko nie uronić ani kryształka, bo nieszczęście gwarantowane.

I, w mordę, 90% przepisów tak wygląda w tym internecie, i oczywiście nie da się przygotować czegokolwiek, jeśli ktoś znajomy ci nie powie jak. Internet to niby taki wspaniały wynalazek, a nie da się tam znaleźć jednego normalnego przepisu.

Nie inaczej będzie tym razem. Zamiast zrobić sobie zwykłą tam tostowaną kanapkę (jak każdy przyzwoity, uczciwie pracujący człowiek) to wymyślili sobie tostowaną drożdżówkę! I to żeby po prostu z pomidorami. Gdzież! Z karmelizowanymi! I lody do tego, bo jaśniepaństwu się w tyłkach poprzewracało. I co, może jeszcze listek mięty do tego? W zasadzie czemu nie.
     

wtorek, 18 września 2018

Gołąbki wegetariańskie w sosie grzybowym

www.chleby.info

Gołąbki. Wydawać by się mogło, że to nasze danie narodowe. Nasze, polskie. Ale to tylko takie gadanie. Tak samo mogliby powiedzieć mieszkańcy pewnie z 10 innych krajów. Tak dla przykładu w Czechach i na Słowacji nazywają się one holubce (i oczywiście uważane są za danie narodowe), w niektórych regionach Stanów Zjednoczonych - glubkis, na Białorusi - галубцы, na Litwie - balandėliai, a w Rosji - голубцы. W Niemczech znane są w jako Krautwickel/Kohlrouladen. Dotarły także do Szwecji (a właściwie Szwedzi uważają, że wcale nie dotarły, tylko tam powstał), gdzie nazywają się kåldolmar, a w Finlandii kaalikääryleet.  Chociaż prawdę mówiąc znajomość gołąbków w Szwecji prawdopodobnie zawdzięcza się osmańskim wierzycielom króla szwedzkiego Karola XII, którzy rezydowali w XVIII wieku w Sztokholmie. Na Półwyspie Bałkańskim i w Rumunii podobnymi potrawami są sarme (w Rumunii sarmale) czy też dolmades, chociaż tutaj używa się przede wszystkim liści winorośli lub kiszonej kapusty.
Tak więc widzicie, każdy kraj ma swoje gołąbki. Każdy uważa, że to właśnie oni wymyślili i to ich danie narodowe. A jaka jest prawda? Prawda przede wszystkim jest taka, że zrobiliśmy (ja z Anią) naprawdę zacne gołąbki. Trochę inne niż te tradycyjne, bo zupełnie bez mięsa. Wegetariańskie. Inne też z powodu sosu. Nie wiem jak u Was, ale u mnie w rodzinnym domy gołąbki jadło się wyłącznie w sosie pomidorowym. A my postanowiliśmy złamać zasady (tacy z nas anarchiści) i zrobiliśmy z sosem grzybowym. Z prawdziwych, niesamowicie aromatycznych, leśnych grzybów. Mmm, nic nie przebije tego zapachu.
     

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...