wtorek, 4 września 2018

Buraki marynowane w occie

www.chleby.info

Dzisiaj chcemy podzielić się z Wami rewelacyjnym przepisem na marynowane buraki. To doskonały dodatek do obiadu. Ale wiecie co? Za każdym razem jak słyszę słowo „burak” to przed oczami staje mi Wojciech Cejrowski, ten słynny podróżnik. A z kolei jak o nim pomyślę, to znowu ożywają wspomnienia o moich butach. Być może pamiętacie tę historię. Jak nie, to polecam zapoznać się z nią TUTAJ. Zresztą nawet jak pamiętacie, to warto odświeżyć wspomnienia. Poniższa historia będzie bardzo długa. Jak Wam się chce, to czytajcie.
     
Po odzyskaniu butów myślałem, że moje przygody już się skończyły. Tak jednak nie miało się stać. Moja mama jest hardo wierząca i praktykująca oraz zaangażowana społecznie i politycznie jako sekretarz lokalnego Klubu Gazety Polskiej. Udziela się też we wszystkich możliwych inicjatywach kościelnych typu strojenie ołtarzy na procesję z okazji Bożego Ciała, tydzień modlitwy za Polaków na wschodzie, itd. Ja, chcąc nie chcąc, też zostaję czasami w te inicjatywy wciągnięty, bo mam prawo jazdy, a matka nie ma, a ja za jej hajs baluję więc robię co mi powie i na przykład wożę jakieś kwiaty z hurtowni do kościoła.

W sobotę mama oświadczyła, że w niedzielę będzie u nas pod kościołem wydawanie ciepłych posiłków dla bezdomnych co marzną głodni. W dodatku miał przyjechać jakiś prominentny polityk z PiS, który już kilka razy odwiedzał ten smoleński klub mojej matki i chciała się ona koniecznie pochwalić jakiego ma dorodnego kawalera za syna (nigdy nawet nie trzymałem dziewczyny za rękę, zainteresowania: gry komputerowe, osiągnięcia: 3 miejsce w konkursie ortograficznym w 2 klasie gimbazy. Super kawaler, w mordę).

Na początku smutłem, bo miałem na niedzielę ambitne plany oglądania tańczącego papieża na elitarnym forum karabin.org jednak potem stwierdziłem, że może za zrobienie takiego dobrego uczynku przed świętami Bóg mi odpuści trochę szkalowanie Jana Pawła Błogosławionego i ominą mnie męki piekielne.

W niedzielę po sumie zostałem ustawiony razem z dwiema Grażynami za ladą, pod którą stał wielki garnek z gulaszem oraz termosy z herbatą, a na niej plastikowe naczynia i sztućce oraz czarno-białe zdjęcie spadniętego z rowerka prezydenta z żoną, przyozdobione czarną wstążką, które ustawiła tam moja matka żeby "krzewić patriotyzm i prawdę wśród najuboższych". Bezdomnych zebrała się już spora kolejka, ale matka i przewodniczący tego klubu Gazety Polskiej powiedzieli nam, że czekamy z wydawaniem jedzenia aż przyjedzie ten poseł z PiS, bo on musi mieć zdjęcia jak pomaga biednym żeby sobie ocieplić wizerunek, bo polskojęzyczne media ciągle obrzucają go błotem (za pieniądze Sorosa i Merkelowej). Po kilkunastu minutach przyjechał elegancki samochód i wysiadł z niego pogromca Wojskowych Służb Informacyjnych i przewodniczący Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154 M z 10 kwietnia 2010, Antoni Macierewicz.

Wszyscy członkowie klubu mojej starej rzucili się żeby uściskać mu ręce i pokazywali palcami takie znaki V jak robił Wałęsa, a potem Macierewicz został ustawiony za ladą i ruszyliśmy z wydawaniem jedzenia.

Pierwsza Grażyna podawała naczynia i sztućce, potem ja nalewałem herbaty, potem Antoni nakładał gulaszu, bo gulasz był najbardziej fotogeniczny, a potem druga Grażyna wkładała do kieszeni bezdomnym, którzy mieli już zajęte ręce, obrazek ze świętym Krzysztofem patronem kierowców (tylko takie mieli akurat na plebanii) i broszurkę artystyczną "Zostali zdradzeni o świcie" z wybranymi dziełami Jarosława Marka Rymkiewicza. Podejrzewam, że te obrazki i gazetki były po to żeby bezdomni wiedzieli za czyje pieniądze żrą i żyją.

Widziałem, że Macierewicz wąchał ukradkiem gulasz przy nakładaniu i ślinka mu do niego ciekła. Gdy już prawie połowa kolejki została obsłużona, a fotografowie najebali kilkaset zdjęć Antoniego i zaczęli zwijać sprzęt, Macierewicz powiedział, że niestety gulasz już się skończył więc pozostali mogą dostać po dwa kubki herbaty i po dwa zestawy religijno-poetyckie. Bezdomni nie wyglądali na zadowolonych, ale nie byli w zbyt dobrej pozycji do negocjacji. Ja byłem oprócz Macierewicza jedyną osobą, która zaglądała pod ladę, bo wyciągałem stamtąd kolejne termosy z herbatą. Widziałem, że w gar był jeszcze w 3/4 pełen gulaszu. Gdy kolejka trochę się przerzedziła Macierewicz zaczął mnie zagadywać, że moja mama to dzielna kobieta, gdzie się uczę, itd. Powiedziałem, że studiuję dziennikarstwo, a Macierewicz powiedział, że to bardzo dobrze, i że w przyszłości jak już wygrają kolejne wybory, to będę mógł pisać prawdę w gazetach.

Po chwili wszyscy bezdomni już sobie poszli, bo rozeszła się wśród nich wiadomość, że gulaszu już nie dają i Grażynki zaczęły wycierać ladę. Macierewicz powiedział, że on weźmie garnek do siebie do domu i umyje, żeby prostym ludziom nie robić kłopotu. I żebym pomógł mu go zanieść do samochodu, bo ciężki. Udawałem, że nie wiem o gulaszu w środku i pomogłem wsadzić gar do bagażnika. Mama się na mnie patrzyła z daleka i widziałem, że jest bardzo dumna, że z samym panem Antonim taki gar niosę. Po uporaniu się z naczyniem Macierewicz zaproponował, że może mnie kawałek podrzucić do domu.

Poleciałem do mamy i pytam, czy wraca już do domu, bo pan Antoni nas może podwieźć, ale matka powiedziała, że ona jeszcze musi z księdzem Klopsem ustalić jak przystroją kościół na pasterkę i żebym jechał, a ona sobie wróci sama. Z oczu po raz pierwszy pociekły jej łzy radości, spowodowane widocznie tym, że pojadę samochodem z takim wielkim Polakiem, i jak odchodziłem pobłogosławiła mnie na drogę znakiem krzyża (ostatni raz zrobiła coś takiego jak ojciec wyjeżdżał do Niemiec zbierać szparagi w 2002 r.)

Wsiadłem do eleganckiego Volvo Macierewicza i ruszyliśmy. Po kilku minutach jechaliśmy już ulicą Sobieskiego i byliśmy niedaleko mojego mieszkania przy Dolnej. Jednak Macierewicz nagle zjechał z ulicy i powiedział, że on ma tu coś do załatwienia i dalej już niestety muszę wracać pieszo albo autobusem. Na „do widzenia” podziękował mi za pomoc z garnkiem, powiedział, że jestem dobrym Polakiem i dał długopis z napisem "Antoni Macierewicz - twój kandydat na posła. Prawda zwycięży!". Po czym wysiadłem z samochodu. Z budki za bramą, pod którą się zatrzymaliśmy wyjrzał ochroniarz i otworzył Macierewiczowi, żeby mógł wjechać swoim Volvo. Tabliczka z adresem mówiła - Sobieskiego 100.

Bardzo mnie zdziwiło, że Antoni Macierewicz wszedł do tego budynku. Niektórzy warszawiacy pewnie o nim słyszeli, ale dla tych, którzy nie słyszeli trochę informacji zdobytych przeze mnie w czasach kiedy interesowałem się takimi rzeczami, czytałem książki o ukrytym złocie Hitlera i hardo sklejałem papierowe modele łodzi podwodnych:

3 przystanki dalej jest ambasada radziecka, w sensie rosyjska. Za komuny w budynku przy Sobieskiego 100 mieszkali sami pracownicy tej ambasady (wtedy jeszcze rosyjskiej, w sensie radzieckiej), a sama działka była w świetle prawa terenem Związku Radzieckiego, a nie Polski. Po upadku komuny przy tym osiedlu miały miejsce jakieś poważne przekręty i koniec końców stoi on od 20 lat pusty, a status prawny działki nie został wyjaśniony i teoretycznie jest to teren Rosji. Przez jakiś czas na podwórku za bramą funkcjonowało coś na kształt ogródka piwnego, w którym przesiadywali rosyjscy gangsterzy i agenci wywiadu. Do budynku zapuszczali się czasami tzw. urban explorerzy, ale było to mocno ryzykowne, bo był on ciągle pilnie strzeżony (zbyt pilnie jak na pustą ruinę) i można było za to dostać jakieś turbo-bagiety na podstawie prawa rosyjskiego, z wywózką do łagru na Syberii pod celę z Abramowiczem włącznie.

Po tym jak weszło do niego takich dwóch przebierających się w maski przeciwgazowe i bawiących w Czarnobyl i już nigdy nie wyszło, przestali do niego wchodzić nawet ci urban explorerzy. Policja oczywiście nie mogła nic zrobić, bo to na papierze nie jest Polska. Ciekawostka - przez jakiś czas mieszkał tam ten słynny Kaszpirowski. Właśnie dlatego zaintrygowało mnie, co będzie tam robił Macierewicz. Na co dzień jestem tym słynnym kozakiem w necie i pizdą w świecie, ale tym razem ciekawość była tak silna, że postanowiłem śledzić Antoniego. No to podchodzę do bramy, a tam momentalnie wyskakuje ochroniarz i pyta czy szukam szczęścia czy może nieszczęścia. Przestraszony odpowiedziałem, że tylko patrzę, a on kazał mi wypierdalać. Nie dałem za wygraną i podszedłem do budynku od tyłu, gdzie było jeziorko i dużo krzaków. W jednym miejscu rosnące przy płocie drzewo pozwalało na dosyć sprawne przejście na drugą stronę. Pomyślałem, że raz się żyje i przeskoczyłem przez płot. Pomyślałem, że ze względu na miejsce, w którym się znajduję, jest to alegoria skoku Władysława Kozakiewicza przez poprzeczkę na olimpiadzie w Moskwie w 1980.

Z krzaków okalających budynek wspiąłem się przez balkon do mieszkania na parterze, którego okno było otwarte. W salonie nie było żadnych mebli z wyjątkiem meblościanki marki Swarzędz (mam taką samą), w kuchni tylko szafki i jakaś radziecka lodówka wielkości nowoczesnego samochodu elektrycznego, albo PRLowskiego samochodu spalinowego. Drzwiami wyszedłem na korytarz. Słońce powoli już zachodziło, a w budynku robiło się coraz ciemniej. Pod butami chrzęścił mi gruz, potłuczone szkło i jakieś śmieci. Nie wiedziałem w którą stronę iść, jednak po chwili dotarło do mnie echo śmiechu. Ruszyłem mniej więcej w stronę, z której dochodziło. Po kilku minutach wędrówki korytarzami dotarłem do klatki schodowej, która zasadniczo różniła się od reszty wnętrza - świeciło się na niej światło, a marmury lśniły jak wtedy, gdy Sowieci wchodzili do Afganistanu. Czułem, że jestem na dobrej drodze i ruszyłem schodami w górę. Po przejściu kilku pięter zobaczyłem na marmurze rozchlapany gulasz. Wiedziałem już, że to Macierewicz tędy targał garnek wyszabrowany ze świątecznej akcji dożywiania więc podążyłem jego tłustym tropem. Na szczycie klatki były lekko uchylone drzwi stalowe, zza których dobiegały odgłosy rozmowy, więc podszedłem do nich cichutko na palcach po czym delikatnie zajrzałem do środka. W kwadratowym pomieszczeniu bez okien znajdowała się masa mebli i jakichś starych urządzeń elektronicznych. Pod sufitem oraz na ścianach podwieszona była metalowa siatka. Zmysł orientacji podpowiadał mi, że znajduję się pewnie w tym kwadratowym klocku spinającym dwie części budynku wysoko nad ziemią, ale akurat ten zmysł nie należy do moich najsilniejszych, bo nadal potrafię się zgubić w supermarkecie i muszę wtedy pytać ochroniarzy którędy do wyjścia, więc głowy sobie za to nie dam uciąć. Na środku pomieszczenia stały jakieś fotele i kanapy, podobne do tych co miała moja babcia zanim je zapaskudził mój spadnięty z rowerka dziadek co miał Alzheimera. Dyskretnie wślizgnąłem się do pomieszczenia i schowałem za jakąś maszyną wielkości szafy, która wyglądała na komputer z lat 70. czy 80. Delikatnie wyglądając zza urządzenia obserwowałem postacie. Tyłem do mnie siedział Antoni Macierewicz, którego poznałem po głosie, a następnie zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Andrzej Rozenek będący rzecznikiem Klubu Poselskiego Ruch Palikota, prominentny polityk SLD Ryszard Kalisz, który w badaniach zaufania społecznego od wielu lat zajmuje miejsca w pierwszej trójce, Paweł Graś będący rzecznikiem rządu oraz reprezentujący ludowców Eugeniusz Kłopotek uhonorowany niegdyś Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za zasługi dla ojczyzny.

- No częstujcie się chłopacy, mówię wam, wyjebany ten gulasz, ale sam nie przejem, hehe - zachęcał kompanów biesiady (oprócz gulaszu na stole stało też kilka butelek alkoholu) Macierewicz.
- To nie postępowanie lustracyjne żeby wszyscy starali się być ostatni. - dodał, co wywołało donośny śmiech wszystkich.
- No ja to se mogę pół talerzyka pierdolnąć, ale na serio tylko pół, bo mi cholesterol skacze, szczególnie jak jeszcze wypiję - powiedział Rozenek, którego metalowy, pomarańczowy listek marihuany wpięty w klapę marynarki dobrze komponował się kolorystycznie z potrawą.
- Łap szybko Gienek, bo jak Rysio się dorwie to chuja zjesz, a nie gulaszu - powiedział rechocząc Paweł Graś, po czym napełnił talerz swój oraz koalicjanta.
- No ja to się nie pierdolę - roześmiał się Kalisz i dodał:
- Nie jesteśmy na jakimś jebanym bankiecie żebym się jebał ze sztućcami.
Po czym postawił cały garnek na kolanach i zaczął czerpać z niego pełnymi garściami, wpychając ogromne ilości jedzenia do ust. Ruchami rąk przypominał pływaka płynącego kraulem, z tym, że Kalisz nie robił przerw na zaczerpnięcie powietrza, a na wygrzebanie kawałków mięsa spomiędzy licznych podbródków.

Gdy już politycy zaspokoili pierwszy głód zaczęli zastanawiać się jaki alkohol otworzyć. Kalisz i Rozenek optowali za ginem, natomiast Macierewicz i Kłopotek za polską wódką. Panowie zaczęli podnosić głosy i nazywać się nawzajem "ciemnogrodem" i "sprzedawczykami" w zależności czy chcieli pić trunek zagraniczny czy swojską czystą. Awanturę przerwał Graś proponując kompromisowo:
- Panowie, policzmy głosy.
Wódka wygrała trzy do dwóch i już po chwili Macierewicz odbijał flaszkę combosem łokieć - dłoń - czoło.
- Kiedy będzie G? - zapytał Rozenek.
- Powinien być tu od godziny, pewnie znów ma dziadyga problem z korzonkami - odparł Graś.
- Paweł, kurwa ciszej! Tutaj ściany mają uszy! - skarcił go Macierewicz.
- Ty zawsze miałeś najebane z tymi podsłuchami i agentami, matole. Tak jak w '91... - zaczął wywód rzecznik rządu, jednak Rozenek nie dał mu dokończyć.
- Chuj mnie boli '91, jak starego nie będzie za 15 minut to my przyjdziemy do niego.
W tym samym momencie zadzwoniła komórka Macierewicza:
- Halo? Tak, tak już jesteśmy. Dobrze. Tak. Rozumiem. Tak. Zaraz będziemy - po czym się rozłączył.
- G mówi, że mamy przyjść do niego, bo go korzonki napierdalają i bez setki z łóżka nie wstanie.

Wszyscy obecni wstali i zaczęli się ubierać po czym poszli do kąta sali. Nagle ściana w kącie otworzyła się jak na tym filmie z Harrym Potterem i moim oczom ukazała się winda. Wsiedli do środka, a Kalisz próbował wziąć ze sobą garnek z gulaszem jednak został zganiony przez pozostałych, że winda nie była konserwowana od 30 lat, a on i tak już przekracza normy obciążenia, więc jak weźmie jeszcze ten gar to już na pewno spadną w pizdu. Kalisz zaczął narzekać, że szkoda żeby się taki dobry gulasz zmarnował, na co Macierewicz powiedział, żeby on sobie po ten gulasz wróci i może nawet zamrozi żeby na święta był.

Drzwi windy zamknęły się, a ja wyszedłem z ukrycia i zacząłem się zastanawiać co tu się właściwie odjebało. Odczekałem kilka minut po czym podszedłem do ściany, jakimś cudem zlokalizowałem przycisk i nacisnąłem go.

Winda nie pasowała do pełnego przepychu stylu klatki schodowej. Wyglądała raczej na techniczną, która w założeniu nigdy nie miała przewozić oficjalnych gości. Jako, że do takich nie należałem nie poczułem się urażony i wszedłem do środka. Były tam jedynie dwa przyciski, jeden przedstawiający strzałkę w górę, a drugi strzałkę w dół. Testy IQ zawsze szły mi nie najgorzej więc wybrałem ten drugi. Błędnik mówił mi, że winda porusza się z duża prędkością jednak mimo tego nie zatrzymała się szybko. Z pewnością znajdowałem się już pod ziemią, o czym świadczyła również wisząca w powietrzu wilgoć. W końcu winda zatrzymała się. Po otwarciu drzwi moim oczom ukazały się 3 korytarze - na skos w lewo, idący prosto i idący w prawo pod kątem 90 stopni. Kiedyś jak były jakieś wybory czy coś takiego, to na ulicy dostałem ulotkę, że każdy człowiek ma serce po lewej stronie i teraz mi się to jakoś głupio przypomniało, a że nie miałem pomysłu lepszego niż zdać się przy podejmowaniu decyzji na archiwalne materiały wyborcze, wybrałem pierwszy korytarz.

Idąc korytarzem przez około 10-15 minut i przyświecając sobie telefonem komórkowym natknąłem się na pustą butelkę po wódce leżącą na podłodze. Znak, że przechodziły tędy obiekty mojej obserwacji.

Po tych kilkunastu minutach marszu dotarłem w końcu do drzwi. Nie były to drzwi "militarne" jak w budynku przy Sobieskiego 100 tylko zwykłe, drewniane, dosyć stare drzwi. Przekroczyłem próg i znalazłem się w najzwyklejszej na świecie piwnicy, w której znajdowały się półki pełne słoików zawierających kiszone ogórki, grzyby oraz inne przysmaki emerytów, sterty rupieci i makulatury i rower Jubilat. Schodami prowadzącymi na górę dotarłem do mieszkalnej części domu.

Nie była ona ekstrawagancka, ani nie biła bogactwem w oczy, ot zadbane mieszkanie. Wszystkie meble i przedmioty były poukładane starannie jakby dom zamieszkiwała rodzina z OCD, albo po prostu zwykli polscy emeryci, którzy z braku innych zajęć połowę dnia poświęcają na porządki. Zza przeszklonych drzwi dobiegały odgłosy rozmowy. Wiedziałem, że otwarcie ich będzie ryzykowne, jak otwarcie parasola w murzyńskiej chacie na pustyni, więc tylko przykleiłem się do nich uchem. Po głosach rozpoznałem, że w pokoju znajdują się wytropieni przeze mnie politycy. Był z nimi jednak ktoś jeszcze, domyślałem się, że gospodarz tego domu.

www.chleby.info

- A nie możesz sobie pojechać do jakiegoś spa czy sanatorium z tymi korzonkami? Ja byłem w Krynicy na turnusie odchudzającym i bardzo sobie chwalę. Dobrze karmili - reklamował usługi polskich ośrodków rehabilitacyjno-rekreacyjnych Ryszard Kalisz.
- Myślisz, że nie próbowałem? Za każdym razem jak gdzieś pojadę to spotykam starych znajomych i kończy się tygodniowym chlaniem i grą w karty. Na ostatnim wyjeździe przejebałem z Cześkiem trzy tysiące w makao.
Głos wydał mi się znajomy.
- No racja, pochlać i pograć w karty to możesz z nami. A propos, może po maluchu? - zaproponował Rysiek, co spotkało się z głośną aprobatą wszystkich zgromadzonych.
Po konsumpcji domniemany gospodarz powiedział:
- Dobra, koniec pierdolenia. Mówiliście, że jest jakaś ważna sprawa.
- No tak, słuchaj, ten kretyn Wojtek znowu pierdolnął wpadkę. Ledwo wyszedł z tego cało i nieco zdekonspirował naszą organizację. O nas na szczęście nikt nie wie, ale jakiś gość widział go z Uszatkiem. W dodatku nie wiemy jak on wygląda, bo Wojtek jak zwykle, gdy nie trzeba napierdala zdjęcia jak pojebany, a teraz nie zrobił żadnego i mamy tylko portret pamięciowy na podstawie tego, co powiedzieli on i Uszaty - zaczął tłumaczyć Macierewicz.
- Jeden głupi, a drugi ślepy.
- No kurwa, rzeczywiście - skomentował Eugeniusz Kłopotek.
- Hehehe, widzieliście ten filmik jak ten chłopak na rowerze skacze i też tak mówi i ten drugi wtedy... - zaczął śmiać się Rozenek.
- Weź mordę zamknij z tym swoim Internatem. Monika mnie niby tam coś uczyła, ale gówno z tego rozumiem. Tu coś kliknąć trzeba, tu wpisać, tu jakieś krzyże latały, zjebane to jakieś. Antonii, mów lepiej co ten Wojtek konkretnie odjebał i co mu zrobili - powiedział gospodarz.
- No więc on twierdzi, że jakiś dzieciak mu pożyczył buty, a kilka dni potem przyjechał do niego domu z policją drąc mordę, że Wojtek niby nie pożyczył tylko zajebał. Ten policjant na szczęście się okazał w porządku, ale Wojtek z tym śmieszkiem Uszatym zamiast gnoja na miejscu pierdolnąć jak ich już zobaczył razem, to sobie z niego robili jaja i dali mu spierdolić. Tydzień później Wojtek był na jakiejś imprezie w tych butach, film mu się nagle urwał i obudził się na izbie wytrzeźwień boso. Na początku myślał, że po wódzie mu się coś pojebało i chciał program kręcić więc buty wypierdolił, albo mu na izbie ukradli, bo podobno bardzo eleganckie były, ale potem pogadał z ochroniarzami z klubu i powiedzieli mu, że jakiś dzieciak go stamtąd wyniósł najebanego i to pewnie był ten sam, co był u niego w domu, i któremu on te buty podpierdolił. Kamery niestety tego dnia mieli w klubie rozjebane, bo im się eurozłącze spierdoliło czy coś takiego. - wyjaśnił Macierewicz.

Podczas słuchania tej opowieści cała krew odpłynęła mi z twarzy, bo wiedziałem już, że chodzi o mnie. Sądziłem, że ta przykra przygoda zakończyła się w momencie, gdy zostawiłem nieprzytomnego Cejrowskiego w krzakach pod Pałacem Kultury. Jak widać miał to być dopiero jej początek.

- Debil i kleptoman z tego jebanego Wojtka. Same z nim, kurwa, kłopoty a pożytku żadnego. Mało ma kurwa pieniędzy, żeby sobie butów nakupować? No nic, trzeba będzie szczyla namierzyć i dojechać, bo może nam narobić gnoju. Skoro już podniósł rękę na władzę demokratyczną i Wojtka tak zrobił, to trzeba będzie mu tą rękę ujebać przy samym łokciu.

Szalejąc z przerażenia zacząłem wycofywać się w kierunku drzwi wejściowych. Po chwili mocowania się z zamkiem trzęsącymi rękami, udało mi się wydostać na zewnątrz. Wybiegłem na ośnieżoną ulicę Ikara, z której oglądając się cały czas za siebie przedostałem się do Parku Królikarnia, a następnie małymi uliczkami pomiędzy ogródkami działkowymi do Dolnej, do swojego bloku. Zamknąłem drzwi na wszystkie możliwe zamki i zacząłem myśleć w jaki sposób mogę uniknąć nadchodzącej wolnymi, ale pewnymi krokami śmierci.

Tak oto kończy się pierwsza część historii. Podzieliłem ją na części, żeby Was nie zanudzić. Druga część niebawem. A tymczasem przejdźmy do przepisu na buraki, które właśnie kojarzą mi się z Wojciechem Cejrowskim.


PRZEPIS NA BURAKI MARYNOWANE W OCCIE


Buraki marynowane w occie - składniki


4 kg buraków
3 litry wody
1/2 litra octu
2 łyżki soli
4 łyżek cukru
2 ziarenka ziela angielskiego i pół liścia laurowego na każdy słoik

Buraki marynowane w occie - wykonanie


Buraki kroimy w plasterki, a te plasterki na jeszcze na pół. Układamy w słoiku, dodajemy 2 ziarenka ziela angielskiego i pół liścia laurowego na każdy słoik.

Do wrzącej wody dodajemy ocet, sól i cukier. Tą zalewą napełniamy słoiki powyżej warstwy buraków. Szczelnie zakręcamy i przekręcamy słoiki dnem do góry. Po miesiącu nadają się do jedzenia.

Smacznego!

Polecamy również nasz przepis na dżem jabłkowo-cytrynowy.


www.chleby.info

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że tutaj jesteś. Zostaw komentarz, napisz, co sądzisz o blogu czy o tym konkretnym przepisie. Nie zostawiaj natomiast w komentarzu linków (ani do swojej strony, ani do żadnej innej) - chyba, że kontekst rozmowy tego wymaga. Jeśli interesuje Cię zareklamowanie się na blogu, to po prostu zajrzyj do zakładki "Współpraca".

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...