wtorek, 24 października 2017

Zupa dyniowa z kurczakiem i mlekiem kokosowym

www.chleby.info

Dynia to jedno z moich ulubionych jesiennych warzyw. Raz, czasem dwa razy do roku zupa dyniowa jest absolutnie obowiązkową pozycją u nas w domu. Inaczej się po prostu nie da. Mamy już na blogu jeden fajny przepis na zupę dyniową (TUTAJ). Ale ten będzie zupełnie inny. Zupa lekko pikantna, z mlekiem kokosowym. Rewelacyjna (ale to nic nowego, każda zupa dyniowa jest rewelacyjna). Jest więc jesień więc musi być i dyniówka. Ale po kolei... Bo tak tylko o sobie gadam, że ja lubię to, ja lubię tamto... A może chcielibyście usłyszeć parę słów o mojej dziewczynie Ani? Opowiem Wam pasjonującą historię. Oczywiście, jak zawsze, zapewne pojawią się w niej wyrazy powszechnie uznane za wulgarne, więc jak ktoś jest z tych delikatniejszych to zapraszam od razu na koniec wpisu po przepis na zupę dyniową.
     
Moja dziewczyna to włosomaniaczka. Pół mieszkania zajebane kosmetykami. Średnio raz w miesiącu ktoś się poślizgnie na odżywce pod prysznicem i trzeba łeb szyć w szpitalu.

W naszym sześcioletnim związku już ze dwadzieścia razy byłem na takim zabiegu. Tydzień temu poszedłem na jakieś losowe badania, to baba z recepcji jak mnie tylko zobaczyła, to kazała czapkę ściągać, bo myślała, że znowu łeb do szycia. Na bani mam już więcej szwów niż włosów, ale moja dziewczyna mówi, że to nie problem, że odrośnie, i smaruje mi łeb jakąś śmierdzącą wcierką co wieczór.

Druga połowa mieszkania zajebana jest gazetkami z Rossmanna, Hebe, aptek i jeszcze takimi, z których nic nie rozumiem, bo wszystko po rosyjsku lub tybetańsku. Co tydzień moja dziewczyna robi objazd po wszystkich drogeriach i aptekach w mieście, żeby skompletować wszystkie gazetki reklamowe. Byłem na tyle głupi, że nauczyłem ją internetów, bo myślałem, że trochę pieniędzy zaoszczędzimy na wyprawach po te gazetki, ale teraz nie dosyć, że po nie jeździ, to jeszcze siedzi na jakichś blogach i forach dla włosomaniaczek i kręci gównoburze z innymi włosomaniaczkami o najlepsze szampony, itp. Potrafi drzeć mordę do monitora albo wypierdolić klawiaturę za okno. Kiedyś jak mnie wkurwiła, to założyłem konto na Wizażu i ją trolowałem, pisząc w jej tematach jakieś losowe głupoty typu „kozieradka śmierdzi rosołem” albo „Kallos ssie”. Moja dziewczyna nie nadążała z wcieraniem sobie w głowę oleju na uspokojenie. Aha, ma już na Wizażu rangę Naczelna Roszpunka za najebanie 10.000 postów.

Jak jest ciepło, to co weekend zapierdala do fryzjera. Jak jest zimno, to nie, bo jej czapeczka włosy przyklapuje. Od jakichś 5 lat w każdą niedzielę siedzę z nią u jakiegoś fryzjera. Nawet się nie strzyże, tylko doradza i wymądrza niepytana. Do połowy zakładów w mieście ma już zakaz wstępu. Jak dostałem nową pracę, to przez tydzień pierdoliła, że to dzięki temu, że daje mi do picia skrzypopokrzywę i od niej mam ładne włosy, paznokcie i jestem bardziej pewny siebie, a ja to świństwo do kwiatka wylewam, jak nie patrzy. Kwiatek usechł.

Co sobotę budzi ze swoją koleżanką Asią całą kamienicę o 4 w nocy, bo hałasują, kręcąc maseczki, włączając suszarki, itp.

Przy jedzeniu zawsze pierdoli o włosach i za każdym razem temat schodzi w końcu na jakiś spór z blogów włosomaniaczek, sama się dziewczyna nakręca i dostaje strasznego bólu dupy, robi się przy tym cała czerwona. Odchodzi od stołu klnąc i idzie czytać Wielką Encyklopedię Warkoczy, żeby się uspokoić. Gdyby mnie na długość ręki dopuścili do wszystkich blogerek włosowych w Polsce, to bym wziął i wszystkim łby ogolił.

W tym roku sama sobie kupiła na święta Olaplexa. Oczywiście do Wigilii nie wytrzymała, tylko już wczoraj go rozpakowała (mimo, że do świąt 2 miesiące zostały) i rozłożyła na stole. Ubrała się w ten swój cały strój włosomaniaczy (czyli coś mojego, bo jej ciuchów szkoda kosmetykami uwalić), siedziała cały dzień na środku mieszkania i składy porównywała.

Jak któregoś razu miałem urodziny, to moja dziewczyna jako prezent wzięła mnie ze sobą na zlot włosomaniaczek. Super prezent.

Pojechaliśmy gdzieś w pizdu do innego miasta, dochodzimy do jakiegoś budynku, a jej już się oczy świecą i oblizuje wargi podniecona. Ale nie, zanim poszła się przywitać, to musieliśmy na stację benzynową do kibla iść, żeby włosy jeszcze raz umyła, bo trzy razy przed wyjściem to za mało. Ale w końcu weszliśmy. Wita się, całuje, po prostu 200 przyjaciółek, tylko kurwa widzę, jak na siebie po cichu zerkają z nienawiścią, jedna jak by mogła, to by drugiej włosy w trymiga upierdoliła. No ale siadamy, bo wystąpienia się zaczynają. Jakaś laska zaczyna opowiadać Swoją Włosową Historię. Po pięciu minutach mi się znudziło więc włączyłem spotifaja, to mnie dziewczyna pierdolnęła tangleteezerem po głowie, że dziewczyny słyszą muzykę z moich słuchawek i się denerwują. Jak się chciałem podrapać po dupie, to zaraz krzyczała szeptem, żebym się nie wiercił, bo szeleszczę i pani Anwen widzi, jak się ruszam i zaraz nas wyrzuci. 6 godzin musiałem siedzieć w bezruchu i słuchać prania mózgu, jak w jakimś kościele. Urodziny mam w styczniu, więc jeszcze do tego było zimno i wilgotno jak sam skurwysyn. W pewnym momencie moja dziewczyna odeszła kilkanaście metrów i się schowała. Wytłumaczyła mi, że trzeba w ukryciu używać lakieru, bo jak się nie użyje, to się włosy przy tej pogodzie skręcają, a jak się użyje i zostanie przyłapanym, to legitymację włosomaniaczki nawet można stracić, bo to grzech i oszustwo.

Wspomniałem, że moja dziewczyna ma koleżankę Asię, z którą dba o włosy. Kiedyś towarzyszem przygód włosowych była Monia. Kobieta o fryzurze wujka Coś z Adamsów i 365 dni w roku pod parasolką, bo promienie UV na włosy szkodzą. Były z moją dziewczyną prawie jak siostry, przychodziła z narzeczonym Kubą na wigilię do nas, itd. To znaczy my nie obchodzimy świąt i oni też nie, więc razem tak nie obchodziliśmy. Raz moja dziewczyna miała imieniny, więc Monia przyszła na jedno winko. Najebały się i oczywiście cały czas gadały o koloryzowaniu i odżywianiu. Ja siedziałem sobie przed konsolą. W pewnym momencie zaczęły drzeć na siebie mordę czy generalnie silikony i SLSy są złe czy nie.

– WEŹ MNIE, MONIA, NIE DENERWUJ. WIDZIAŁAŚ TY KIEDYŚ JAKIE PO SAMYCH NATURALNYCH KOSMETYKACH SIĘ KOŁTUNY ROBIĄ? HAPS I GRZEBIEŃ ZŁAMANY!
– KURWA, NATURALNE KOSMETYKI SĄ NAJLEPSZE, TWOJE DROGERYJNE KONCERNOWE PASKUDZTWO TO IM MOŻE NASKOCZYĆ, OD TYCH PARABENÓW TAK CI SIĘ SKALP PRZERZEDZIŁ!
– CO TY MI O DROGERYJNYCH KOSMETYKACH PIERDOLISZ, JAK LEDWO WŁOSY POTRAFISZ RÓWNO POFARBOWAĆ!

No i aż zaczęły nakurwiać zapasy na dywanie w dużym pokoju, a ja z kijem je musiałem rozdzielać, bo rękę pomiędzy nie strach było wsadzić. Od tego czasu zupełnie zerwały kontakt. Jak moja dziewczyna widzi gdzieś jakąś świnię, to mówi „O, Monia”. Tak ją za ten przerzedzony skalp znienawidziła.

Moja dziewczyna jakoś w zeszłym roku stwierdziła, że koniecznie musi mieć Andreę na porost włosów.
– Paweł, na Andreę to dopiero rosną. Z 10 centymetrów na tydzień! - powtarzała wciąż.
Sama zamawiać nie chciała, bo to aż z Chin idzie, więc się zgadała z koleżankami z forum. Jasno jej powiedziałem, że jak jeszcze jedna butelka się w domu pojawi, to ja się wyprowadzam, więc się umówiła, że u tamtych w akademiku będzie trzymać. Na początku ta kooperatywa szła nawet nieźle, ale w któryś ranek moja dziewczyna się rozchorowała i nie mogła do nich iść wetrzeć i miała o to olbrzymi ból dupy. Jeszcze te jej koleżanki dzwoniły, że włosy rosną jak pojebane, więc moja dziewczyna tylko leżała czerwona ze złości na kanapie i sapała z wkurwienia. Sytuację jeszcze pogarszało to, że nie miała na kogo zwalić winy za to, że jest chora, bo sama wyszła z mokrą głową z domu, bo nie chciała nałożyć czapeczki, bo przyklap, ani suszyć, bo to zło, a się bała, że się odżywka z biotyną ostatnia z drogerii sprzeda, bo z rynku wycofują. W końcu doszła do wniosku, że to niesprawiedliwe, że one wcierają bez niej, bo przecież po równo się zrzucały na Andreę, i w niedzielę wieczorem, jak te Karyny już skończyły coweekondowe pidżama & czesanie party, wyszła nagle z domu.

Po godzinie wraca i mówi do mnie, że muszę jej pomóc z czymś przed domem. Wychodzę na zewnątrz, a tam nasz samochód z bagażnikiem pełnym Andrei. Pytam skąd ona ją wzięła, a ona mówi, że Karynom zajebała z łazienki, bo one ją oszukały, i żebym łapał za karton i wnosił do mieszkania. Na nic się zdało tłumaczenie, że zajmie cały duży pokój. Na szczęście karton nie zmieścił się w drzwiach do klatki, więc moja dziewczyna stwierdziła, że go w garażu zostawi.
Za pomocą jakichś łańcuchów, co były w bagażniku, i mojej kłódki od roweru zaryglowała drzwi i zadowolona chce iść wracać do mieszkania, a tu nagle przyjeżdżają 2 samochody z Karynami współwłaścicielkami, które domyśliły się, gdzie ich własność może się znajdować. Zaczęła się nieziemska inba, bo Karyny drą mordy, dlaczego Andreę ukradła i że ma oddawać, a moja dziewczyna się drze, że one ją oszukały i ona 500 zł się składała, a nie wcierała w ten weekend. Ja starałem się załagodzić sytuację, żeby moja dziewczyna od nich nie dostała wpierdolu, bo było blisko.

Po kilkunastu minutach sytuacja wyglądała tak:
– moja dziewczyna leży na ziemi, kurczowo trzyma się kartonu i krzyczy, że nie odda;
– Karyny krzyczą, że ma oddawać;
– jedna Karyna ma rozjebany nos, bo próbowała moją leżącą dziewczynę odciągnąć od kartonu za nogę i dostała drugą nogą z kopa;
– dwóch policjantów ciągnie moją dziewczynę za nogi i mówi, że jedzie z nimi na komisariat, bo pobiła człowieka;
– we wszystkich oknach dookoła stoją sąsiedzi;
– ja płaczę i błagam dziewczynę, żeby zostawiła karton, a policjantów, żeby jej nie aresztowali.

W końcu policjanci oderwali ją od kartonu, Karyny go wzięły, rzucając wcześniej mojej dziewczynie 500 zł i mówiąc, że nie ma już do Andrei żadnego prawa i lepiej dla niej, żeby się nigdy u fryzjera nie spotkały. Ja ubłagałem policjantów, żeby jej nie aresztowali. Karyna, co dostała w mordę butem, powiedziała, że ona się nie będzie pierdoliła z łażeniem po komisariatach i ma to w dupie, tylko mojej dziewczyny nie chce więcej widzieć.
Moja dziewczyna do tej pory robi z Karynami gównoburze na forach dla włosomaniaczek, bo założyły tam specjalny temat, gdzie przestrzegały przed robieniem jakichkolwiek interesów z nią. Obserwowałem ten temat i widziałem jak moja dziewczyna nieudolnie porobiła trollkonta:

<<Liczba postów: 1
Ten temat założyły jakieś idiotki! Znam użytkownika od dawna i to bardzo porządna kobieta i wspaniała włosomaniaczka! Chcą ją oczernić, bo jej zazdroszczą perfekcyjnego blondu!>>

Potem jeszcze używała tych trollkont do prześladowania niedawnych koleżanek od Andrei. Jak któraś z nich zakładała jakiś temat, to moja dziewczyna się tam wpierdalała na trollkoncie i np. pisała, że chujowe warkocze plecie i widać, że nie umie czesać.

Z tych samych trollkont udzielała się w swoich tematach i jak na przykład wrzucała zdjęcia uczesanych przez siebie włosów, to sama sobie pisała:
– Noooo, gratuluję koczka! Widać, że doświadczona włosomaniaczka!
A potem się z tego cieszyła i kazała oglądać mi, jak ją chwalą na forum, a teraz zdjęcia włosów każe sobie robić, bo się fani domagają.

Teraz już więc chyba rozumiecie dlaczego tak lubię zamknąć się w kuchni i mieszać w tych swoich zupach czy innych smakołykach...


PRZEPIS NA ZUPĘ DYNIOWĄ Z KURCZAKIEM I MLEKIEM KOKOSOWYM



Zupa dyniowa z kurczakiem i mlekiem kokosowym - składniki


Porcja na wieloosobową rodzinę (dla nas dwojga na kilka dni było):
400 g piersi z kurczaka
1,5 kg dyni
1 cebula
2,5 l wody (lub bulionu drobiowego jeśli macie)
3 sztuki trawy cytrynowej
2 małe ostre papryczki
2 ząbki czosnku
100 g świeżego imbiru
3 puszki mleka kokosowego (1,2 litra)
1 cytryna
świeża bazylia
oliwa z oliwek
olej do smażenia
sól
curry

Zupa dyniowa z kurczakiem i mlekiem kokosowym - wykonanie


Pierś kurczaka kroimy na niewielką kostkę, obtaczamy w papryce i smażymy na oleju, na patelni.

Dynię kroimy na kawałki (wydrążając środek z pestkami), wkładamy na blasze do pieczenia, skrapiamy oliwą z oliwek, posypujemy solą i pieczemy 20 minut w 180 stopniach. Po upieczeniu lekko studzimy, dzielimy na mniejsze kawałki i obieramy ze skórki. Chyba, że używamy gatunku, który ma jadalną i miękką skórę, jak np. hokkaido. My właściwie tylko dyń hokkaido używamy. Są małe, zgrabne i naprawdę smaczne. No i nie trzeba się użerać ze skórą.

W garnku (naprawdę dużym) na rozgrzanym oleju dusimy cebulę pokrojoną w kosteczkę. Po kilku minutach dodajemy dynię, starty lub bardzo drobno posiekany imbir, drobno posiekaną papryczkę, posiekaną trawę cytrynową, przeciśnięty przez praskę czosnek. Zalewamy mlekiem kokosowym i wodą (lub bulionem) i dodajemy łyżeczkę curry. Mieszamy dokładnie, doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy ogień i gotujemy jeszcze 10 minut.. Zdejmujemy z ognia i miksujmy.

Dodajemy pierś kurczaka, ponownie doprowadzamy do wrzenia, gotujemy jeszcze 5 minut. Na koniec doprawiamy zupę sokiem wyciśniętym z jednej cytryny. A na talerzu dodajemy posiekaną bazylię.

Smacznego!

Zapraszamy także na nasz przepis na domową bulionetkę ziołową.


www.chleby.info


4 komentarze:

  1. Ostatnio przygotowywałem tą zupę i użyłem bulionu drobiowego Krakus. Zupa wyszła bardzo smaczna, a dla mnie też jest ważne, że bulion nie zawiera sztucznych poprawiaczy smaku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba mamy podobne myśli - moja zupa z dyni z mlekiem kokosowym pojawiła się kilkanaście godzin przed Twoją :)
    Natomiast pasta bulionowa kilka dni po Twoim przepisie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mniam, absouletnie pyszna zupką - właśnie taką jadłam wczoraj i polecam wszystkim :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...