wtorek, 22 grudnia 2020

Baletki - biszkopciki z marmoladą

Baletki - biszkopciki z marmoladą

Ania u nas w cukierni niedaleko domu (chociaż „niedaleko” to pojęcie względne, bo od nas jest wszędzie daleko) kupowała świetne ciasteczka. Takie małe okrągłe biszkopciki przełożone jakąś masą dżemową. Uwielbialiśmy je. Jakiś czas później dowiedzieliśmy się, że te ciasteczka nazywają się baletki. A jeszcze jakiś czas później wpadliśmy na pomysł żeby zrobić je samemu w domu. Bo to przecież nie może być trudne. I faktycznie, raz dwa zrobiliśmy i okazały się doskonałe. Mamy nadzieję, że teraz częściej będą gościć u nas w domu. 

     
Ale zanim przejdziemy do przepisu, to Wam coś opowiem. Bo wiecie, często Was raczę tutaj na blogu różnymi historiami (które tak naprawdę zabawne są chyba tylko dla mnie). Bo te baletki przypominają mi takie miniaturowe hamburgery. Tutaj biszkopcik-dżem-biszkopcik, tam bułka-kotlet-bułka. Jak się użyje trochę wyobraźni, to nawet jakieś tam podobieństwo można znaleźć. I to właśnie przypomniało mi pewną zabawną historię, którą chcę się z Wami podzielić. Otóż pracowałem kiedyś w McDonald’s. A było to tak…

Przeglądam sobie ogłoszenia pracy i nagle patrzę, a tam McDonald`s. Najpierw się śmieję, ale czytam dalej, że to praca w dynamicznie rozwijającej się firmie z perspektywami, adekwatne wynagrodzenie, przyjemne środowisko i jeszcze do tego doskonałe ścieżki rozwoju. Pomyślałem sobie, że w sumie to niczego innego ze swoimi kwalifikacjami nie dostanę i może warto się zgłosić. Poprosiłem kumpla Patryka żeby mi zrobił CV do makdonalda, bo było w wymaganiach, a ja nawet nie wiedziałem co to jest. Patryk mówi, że „mordo, nie takie rzeczy się robiło” i że mi wyśle za godzinkę. Równo po godzince dostałem maila od Patryka, ściągnąłem plik i wysyłam gdzie trzeba. Następnego dnia dzwoni do mnie jakaś babeczka i serdecznie mi gratuluje dostania się do drugiego etapu rekrutacji. Czułem się dobrze, bo chyba pierwszy raz się gdzieś dostałem. Nie mogłem wymyślić skąd ona wie cokolwiek o moim doświadczeniu, które nie istniało, ale w sumie co to za różnica. Na miejscu pani Dorota zaprosiła mnie do swojego gabinetu, przegląda jakiś papierek (chyba to moje CV) i mówi, że bardzo się cieszy, że w końcu ktoś zgłasza się na stanowisko menadżera nowo powstałego lokalu. Trochę się zawstydziłem i mówię, że ja to raczej na jakieś niższe stanowisko – solenie frytek, albo może składanie bułek, a ona się zaczęła śmiać i mówi zalotnym głosem, że panie Pawle, bardzo pan jest zabawny, ale przejdźmy do rzeczy. Nie wiedziałem zupełnie co się dzieje, a ona zaczyna wymieniać „mhhmm, studia z zarządzania na Harvardzie, wieloletnie doświadczenie w branży gastronomicznej, w zasadzie to nie ma o czym rozmawiać, zaczyna Pan pracę od jutra, a dokumenty to jakoś przy okazji”. Patryk, ty skurwielu! Najpierw mi się wydawało, że to wszystko mnie przerasta i wracam do domu grać w starcrafta, ale w końcu uznałem, że carpie diem, może być całkiem zabawnie i już nieco bardziej elokwentnym głosem powiedziałem pani Dorotce, że może na mnie liczyć.

Następnego dnia wstałem o 7:00, założyłem garniak jeszcze od studniówki i zaczesałem włosy na żel do tyłu jak Gordon Gekon ze znanego filmu o biznesie „Wall Street”, bo w końcu jak mam być menadżerem to chyba muszę wyglądać jak menadżer. Wziąłem taki rozpierdziany neseser od starego, wsadziłem kalkulator, notatnik i kilka długopisów. Psikłem jeszcze bossem pod pachy i byłem gotowy do wyjścia. Punkt 8:00 zjawiam się pod makdonaldem, którym miałem zarządzać. Chwilę podziwiałem z wielką dumą lokal od zewnątrz, a następnie zbiłem pionę z tym takim plastikowym klaunem pedofilem i wszedłem do środka. Wszyscy pracownicy stali w środku równo i czekali tylko na mnie. Powiedzieli „dzień dobry, Panie Pawle, bardzo nam wszystkim miło Pana poznać i oczywiście jesteśmy do Pańskiej dyspozycji”, po czym wszyscy ukłonili się jednocześnie. W tym momencie pojąłem słowa Francisa Underwooda o wyższości władzy nad pieniędzmi.

Po tym, jak wszyscy pracownicy przedstawili mi się, zapowiedziałem, że będziemy teraz wdrażać nowatorski system zarządzania KNUT, który poznałem na Harvardzie. Jeden z moich poddanych – Arek – powiedział, że przecież McDonald’s to franczyza i tu nie ma miejsca na żadne nowatorstwo. Nie miałem pojęcia co to jest franczyza, więc pokazowo wypierdoliłem Arka na zbity ryj i powiedziałem, że tak skończy każdy cwaniak, który zakwestionuje harvardzki system zarządzania i moje rozkazy. „Tak, Panie” odpowiedzieli wszyscy. Jeśli wiedziałem coś o zarządzaniu, to właśnie to, że trzeba wszystkich trzymać krótko, wzbudzać niepewność i strach o swój los.

Chwilę później kazałem wszystkim rozejść się na stanowiska i rozpocząć pracę i sam swoją również rozpocząłem. Najpierw wziąłem się za stanowisko z frytkami i mówię, że to chyba nie jest normalne, że jak ktoś zamawia frytki powiększone, to wcale nie dostaje frytek powiększonych, tylko dostaje więcej normalnych frytek. Od razu kazałem zmienić w menu „frytki powiększone” na „więcej frytek” a „małe frytki” na „mniej frytek”. Klient chyba musi wiedzieć co kupuje. Minęła zaledwie godzina, a mój lokal już był bardziej przyjazny klientom.

Potem zabrałem się za usuwanie z oferty wszystkich zbędnych produktów. Najpierw wykreśliłem jabłka, bo to jest restauracja, a nie jakiś bazar, potem sałatki, bo nikt tego nie je, a nawet jak ktoś to je, to przynajmniej nie będzie już przychodził, a na końcu Kroplę Beskidu, bo smakuje łajnem. To były zmiany głównie wizerunkowe, po których przyszedł czas na zwiększenie obrotów w moim lokalu.

Zwiększenie obrotów w McDonald`s to bułka z masłem i nie rozumiem, czemu żaden inny menadżer na to jeszcze nie wpadł. Wystarczy dodawać te gówniane zabaweczki nie do jednego happy meala, ale do dwóch. Przecież wiadomo, że każden jeden bachor musi koniecznie dostać tę zabaweczkę. Zgadnijcie co zrobi rodzic, kiedy ma do wyboru stratę dziecka albo kupienie dwóch happy mealów zamiast jednego. Zresztą później okazało się, że wskutek tej zmiany obroty faktycznie wzrosły o ponad 50%.

Tak naprawdę jedyne co zostało mi do poprawienia to produktywność pracowników, ale to też było banalne. Podchodziłem do każdego pracownika po kolei i mówiłem „szybciej”, a jak nadal produktywność nie była na zadowalającym poziomie, to mówiłem „no szybciej”. Wierzcie lub nie, ale to doskonale działało. Po jakimś czasie zdecydowałem się na pewną automatyzację i komendę „szybciej” puszczałem z nagrania przez głośniki. Wszystko zapierdalało jak w zegarku i dostawałem kolejne gratulacje i podwyżki od pani Doroty.

Oferta była spójna i dopracowana, model biznesowy dopięty na ostatni guzik, a pracownicy zmotywowani jak nigdzie indziej. Uznałem, że to dobry moment aby się trochę zabawić.

Czasem podchodziłem do pani Basi i mówiłem, że teraz ja przez chwilę poobsługuję drive thru. Jak ktoś zaczynał składać zamówienie przez to takie radyjko, to mówiłem „wypad leszczu!” i śmieliśmy się razem z panią Basią machając przez okienko do Januszy odjeżdżających z piskiem opon. Czasem odpowiadałem „dupa” i wtedy śmieliśmy się jeszcze bardziej.

Innym razem kodowałem maszyny do składania zamówień tak, że dwie osoby dostawały ten sam numerek i potem patrzyłem jak dwa Janusze biją się o powiększonego wieśmaca.

Generalnie działo się jeszcze wiele rzeczy, może nawet kiedyś opowiem Wam, jak wykupiłem koncesję na alkohol, albo jak wpadłem na pomysł założenia McPaweł’s, ale na razie przyznam tylko, że z przyjemnym środowiskiem i doskonałymi ścieżkami rozwoju to wcale nie żartowali.

Tak właśnie było. Urzekająca historia. Tymczasem przejdźmy jednak do baletek.

Baletki - biszkopciki z marmoladą

PRZEPIS NA BALETKI – BISZKOPCIKI Z MARMOLADĄ


Baletki – biszkopciki z marmoladą – składniki


100 g mąki pszennej jasnej
50 g cukru
3 jajka
szczypta soli

Dodatkowo:
marmolada, dżem lub powidła
mak

Baletki – biszkopciki z marmoladą – wykonanie


Białka ze szczyptą soli ubijamy na sztywną pianę (najlepiej przy pomocy miksera lub robota kuchennego). Następnie po jednym dodajemy żółtka wciąż miksując. Później, po łyżeczce, dosypujemy cukier. Na koniec, także po łyżeczce, dosypujemy mąkę miksując na niskich obrotach.

Blachę z piekarnika wykładamy papierem do pieczenia i przy pomocy łyżki nakładamy okrągłe kształty. Można to również zrobić rękawem cukierniczym, ale nam doskonale się udało po prostu łyżką.

Następnie biszkopciki posypujemy makiem. My niestety mieliśmy tylko mak mielony. Lepszy byłby taki nie mielony.

Pieczemy 6-8 minut w 180 stopniach – do zarumienienia się.
Po wystygnięciu smarujemy ciasteczka marmoladą czy innym ulubionym smarowidłem i sklejamy po dwa.

Smacznego!

Polecamy również nasz przepis na tartę dyniową bez pieczenia.


Baletki - biszkopciki z marmoladą

1 komentarz:

Dziękuję, że tutaj jesteś. Zostaw komentarz, napisz, co sądzisz o blogu czy o tym konkretnym przepisie. Nie zostawiaj natomiast w komentarzu linków (ani do swojej strony, ani do żadnej innej) - chyba, że kontekst rozmowy tego wymaga. Jeśli interesuje Cię zareklamowanie się na blogu, to po prostu zajrzyj do zakładki "Współpraca".