wtorek, 27 sierpnia 2019

Andruty z wędzonym pstrągiem

www.chleby.info

Przede wszystkim przepraszam Was za takie marne zdjęcie tytułowe. Ale te andruty okazały się tak pyszne, że zdenerwowany ojciec zjadł wszystkie (niemal wszystkie) zanim zdążyłem zrobić zdjęcia. Jedno szybkie ujęcie tylko zrobiłem więc jest jak jest. Bo ojciec od dawna cały w nerwach chodzi. Pamiętacie tę historię o rybach (TUTAJ)? Więc miała ona oczywiście dalszy ciąg.
     
Po tych całych zamieszkach z Januszami, w domu było jeszcze gorzej. Ojciec siedział głównie na necie i nadal robił gównoburze z innymi. Zły był, bo nie miał żadnego kolegi z którym mógłby jeździć na ryby, a jak wiadomo, że jak z kimś się jeździ to i koszty są mniejsze. Wymyślił więc tzw. "rodzinne wędkowanie" w ramach integracji z rodziną. I musieliśmy z matką z nim jeździć na ryby. Szczególnie lubił zabierać nas na wieczorne wypady na brzanę. Bo to wędkę trzyma się w ręku, palec na żyłce i nie trzeba głupich dzwonków, które płoszą ryby. Kupował ser żółty na te brzany po 40 zł za kilogram, a my musieliśmy żreć pasztet mazowiecki z chlebem. Powiem szczerze, że nawet polubiłem wędkowanie, bo jak już musiałem siedzieć na tych rybach, to chciałem żeby to jakiś sens miało i starałem się coś złowić. Ojciec, jak kiedyś złowiłem kilka brzan, to robił zdjęcia i wstawiał na różnych forach i chwalił się synem. Niektórzy rzeczywiście mu gratulowali, że ma spoko syna, itd . A sam sobie jeszcze kadził pod nickiem szczepan54, pisząc że „niedaleko pada jabłko od jabłoni i widać, że syn czerpie wspaniałe wzorce, które odziedziczył po ojcu - wspaniałym wędkarzu”.

Ja w tym czasie dostałem pracę w sklepie zoologiczno-wędkarskim. Ojciec dumny był ze mnie i często przychodził do sklepu. Nie za bardzo lubiłem jak przychodził, bo zawsze się wcinał w rozmowę z klientami, zawsze służąc „dobrymi radami” typu: „Nie kupuj pan tej zanęty, bo jest chujowa i szkoda na nią kasy, tylko weź pan tę, bo na nią biorą ładne ryby i jak pan nie wierzysz to wejdź pan na forum Superkarp i znajdź użytkownika Stary Pawła i zobaczysz pan jakie on ryby łapie”. W tym czasie Janusz, jeden z kumpli ojca, zaczął brać udział w zawodach wędkarskich i nawet mu nieźle szło. Ojciec wściekał się jak cholera, że taki cap wygrywa zawody i na pewno rywalizuje z totalnymi beztalenciami wędkarskimi skoro tak dobrze mu idzie. Mówiłem mu czasem, że ten Janusz przychodzi do sklepu i za wygrane talony wybiera jakieś haczyki, spławiki, itd. I pewnego razu jak karmiłem rybki i nie patrzyłem co ojciec robi (a jak zwykle kręcił się po sklepie), to on ukradł mi wszystkie haczyki Hamakatsu nr 12 i 14. Nie widziałem kiedy to zrobił i uwierzcie mi, że w nocy te wszystkie haczyki stępił i podrzucił następnego dnia. I Janusz kiedyś przyszedł i za talon zabrał te wszystkie haczyki. I zrobił się dym, bo Janusz przegrał następne zawody z kretesem i na forum napisał żeby nie kupować haczyków w moim sklepie, bo szmelc sprzedają, itd. Stary chodził dumny jak paw, że zaszkodził Januszowi i na forum jako szczepan54 pisał mu, że to nie haczyki kiepskie, tylko wędkarz do dupy. Ja musiałem oczywiście zapłacić ze swoich pieniędzy za te haki, bo sprawa doszła do właścicielki sklepu.

W tym czasie poznałem dziewczynę. Miała na imię Anka. Przychodziła do sklepu i kupowała pokarm dla rybek. I jakoś tak się stało, że zostaliśmy parą.

Pewnego razu przyprowadziłem ją do domu i przedstawiam ojcu. „Tato, to jest moja dziewczyna Ania i chętnie pojedzie z nami na ryby kiedyś”.

W tym czasie ojciec przez forum poznał nowego kolegę po kiju, niejakiego Heńka Malinowskiego, lat 62. Mówił mi, że to taka bratnia dusza i wspaniały kompan nad wodą. I mieliśmy z matką trochę luzu, bo dogadywali się z tym Heńkiem doskonale. Matka z wdzięczności kupiła mu aparat fotograficzny żeby miał czym zdjęcia ryb robić. I wszystko było super, tylko że na piątej chyba wyprawie stary zalał wodą ten aparat. Niby działał, tylko te zdjęcia robił takie trochę zamazane i jakby czarno białe. Ale ojciec się tym nie przejął. I pewnego razu zobaczył jak Janusz wstawił zdjęcia swojego syna jak łowi okonie na spinning. I że on też nie będzie gorszy i że zdjęcia ze mną i szczupakami wstawi. A że mi już łowienie się znudziło i wcale ochoty na to nie miałem, to ojciec wpadł na chytry plan. I zamówił na necie takie kolorowe poduszki w kształcie ryb. Dwa szczupaki i jednego karpia. I jak przyszły, to wieczorem zabrał mnie nad wodę i wziął ten spieprzony aparat i zaczął zdjęcia mi robić. Myślałem, że się ze wstydu spalę i że jestem skończony. Ale uwierzcie mi, że te barany na tym forum uwierzyły. Fakt, że stary siedział pół nocy w jakichś fotoszopach i zrobił te zdjęcia tak, że trudno było się skapować, że to poduszki, a nie ryby prawdziwe. Jeszcze kilka razy korzystał z tych poduszek, głównie z karpia, bo sam się chwalił, że niby tak mu dobrze idzie.

Janusz się wściekł za te szczupaki, bo ojciec mu dogryzał, że jego synek jakieś okonki łapie, a ja niby takie piękne szczupaki. Ale do czego naprawdę zdolny jest mój stary przekonałem się, kiedy Janusz napisał na forum, że jedzie w sobotę na mega łowy i ma zanęcone miejsce od 3 dni. Ojciec wiedział gdzie jest ta miejscówka. Ja też, bo byłem z nim tam kilka razy. I stary jak to wyczytał w piątek, to wieczorem poleciał do piwnicy i przyniósł 2 dechy długie na jakieś 1,5 m i sporo gwoździ, takich z 10 cm. I zaczął w nocy, o 21, wbijać te gwoździe w tę dechę , po czym wywalił wędki z pokrowca i władował te dechy do pokrowca i gdzieś pojechał. Padało wtedy mocno. Wrócił około 1 w nocy, oczy mu błyszczały i był bardzo zadowolony. Potem Janusz pisał na forum, że wyprawa nie doszła do skutku, bo przebił wszystkie koła i nie dojechał na łowisko. Ciekawi jesteście jak można przebić 4 koła na raz? Z moim ojcem wszystko jest możliwe. Tam jak się jedzie na to łowisko, to jest taka dróżka z koleinami i trzeba uważać żeby nie zawisnąć autem. I jak popada, to w tych koleinach zbiera się woda. Stary umocował te dechy do ziemi w tych kałużach tak, że nie było widać i chcąc nie chcąc Janusz wjechał i przebił 4 koła. Wiedziałem, że ze starym nie można zaczynać, bo to się źle kończy. Tak był wściekły za tę łódkę.

Kiedyś jak stary miał urodziny to kupiliśmy mu z matką spodniobuty marki Promil-Olsztyn. Takie ciężkie, czarne, mocne - u mnie w sklepie. Ojciec się cieszył jak dziecko. Był u niego wtedy Heniek Malinowski i nieźle popili. Stary oczywiście założył te spodniobuty, nalał wody do wanny i siedział ze 3 godziny sprawdzając czy nie przeciekają. Heniek w tym czasie zasnął w pokoju. 

Następnego dnia ojciec stwierdził, że zabiera matkę, mnie i Ankę (po raz pierwszy) na ryby. I pojechaliśmy. I wszystko było super, pogoda piękna, ciepło, spacer z Anką po lesie. Słowem cud wyprawa. Matka zadowolona i wszystko super. Do pewnego momentu… Ojciec zaciął coś ładnego i musiałem wejść do wody żeby mu podebrać rybę podbierakiem. A z resztą zobaczcie sami, Anka kręciła komórką to wydarzenie (tylko ostrzegam, że więcej tam słów wulgarnych, niż jakichkolwiek innych): KLIK

Stary wściekł się i nie gadał z nami cały tydzień. Zaczął jeździć na ryby z Heńkiem i nawet im nieźle szło. Do czasu jak Heniek na forum napisał, że złowił o pół centymetra większego leszcza niż mój stary. Fakt, był pół centymetra większy, ale prawdę mówiąc leszcz ojca był sporo grubszy. I tak zaczęła się kolejna wojna. Heniek kończył 62 lata i miał nick na forum HM62. I na urodziny przyszedł do mojego sklepu i zakupił sobie wypas sprzęt. Kołowrotek Daiwa Claudia i wędkę Dragon HM 62. Dziwny zbieg okoliczności, nie sądzicie? Powiedziałem staremu, że Heniek zostawił dzisiaj w sklepie jakieś 1500 zł. Starego wnerwiło to strasznie i dawaj na forum. Heniek oczywiście wstawił już zdjęcia w dziale "Chwalimy się nowym sprzętem” I stary napisał mu, że do takiego 62 letniego Hama (org. tekst starego) nie pasuje taka ładna Claudia.

I znów się zaczęło "rodzinne wędkowanie". Musieliśmy z matką jechać na mega wyprawę ze starym. Niby wszystko było przygotowane (mieliśmy jechać skoro świt w sobotę i wrócić pod wieczór w niedzielę) i stary powiedział, że trzeba się porządnie wyspać, bo na tym łowisku nie dane nam będzie spać, bo takie ryby są. I poszliśmy spać około 21. W nocy staremu przypomniało się, że nie nałapał rosówek, a tam sumy są jak byki. I około północy czuję jak coś kłuje mnie w stopę. Obudziłem się i zobaczyłem jak stary budzi mnie, kłując w stopę spławikiem z kolca jeżozwierza i mówi żebym brał latarkę i idziemy łapać rosówki. I pech chciał, że kumple wracali z imprezy i widzieli jak ze starym w piżamach i z latarkami łapiemy rosówy na trawniku. Ale mieli ubaw. Z nim zawsze jakaś mina wyjdzie.

No i pojechaliśmy nad Wisłę na taką długą tamę. Powiedziałbym Wam gdzie dokładnie, bo piękna głęboka woda, ale stary by mnie zabił. Na końcu tej tamy była taka tyczka bita w dno, która wskazuje jaki jest stan wody czy gdzie koryto idzie, czy coś dla łódek żeby nie wbić się na tamę. No i wszystko fajnie. Ojciec w spodniobutach gotowy popijał nalewkę (jedną z tych mojej produkcji, które znajdziecie TUTAJ). My z matką siedzimy cicho. Wędki na grunta zarzucone. Cud, miód i orzeszki. Pytałem starego po co siedzi w tych spodniobutach na wybetonowanej tamie. A on na to, że „synu, trzeba być przygotowanym na wszystko, nawet na wejście za rybą do wody”. I najlepiej żebym siedział cicho, bo zaraz się zacznie. I siedzimy. Żałowałem, że Anka z nami nie pojechała, bo trochę weselej by było. Ale nic. Staremu się przykimało i nagle dzwonek na jego wędce zaczął dzwonić. Stary zaspany się zerwał, podbiegł i wyrwał tę tykę do mierzenia wody (pomylił ją z wędką), zaciął mocno i drugą ręką zaczął szukać kołowrotka. Nie dało rady. Dostaliśmy z matką jakiejś głupawki. Tarzaliśmy się ze śmiechu ze 20 minut. Ryba oczywiście na tej prawdziwej wędce zwiała. Stary czerwony ze wstydu i złości, że wyszedł na idiotę, zarządził, że zmieniamy łowisko, bo tu przez nasz głupi śmiech wszystko przepłoszone. Jakbyśmy wiedzieli, że tak będzie, to siedzielibyśmy cicho jak mysz pod miotłą. Cholera, na to drugie łowisko, które sobie stary wybrał, był jakiś 1 km przez krzaki i prawie ścieżki nie było. Jeszcze stary wymyślił, że zabieramy ognisko, bo on nie będzie tracił czasu na rozpalanie ognia, bo rosa jest i wszystko wilgotne. Myślicie, że żartuję? Nie znacie mojego starego jeszcze. Niedaleko, w rogu tamy, leżał taki duży baniak (pewnie powódź przyniosła). Przywlekliśmy ten baniak i stary władował ognisko do baniaka. Dobrze, że mieliśmy ze starym takie rękawice kevlarowe do podbierania sumów, bo ręce by nam poparzyło. Najbardziej mi było szkoda matki. Objuczona 3 gruntówkami, podbierakiem, zanętami, przynętami i całym tym majdanem musiała wlec to przez krzaki po ścieżce, której prawie nie było. My ze starym nieśliśmy baniak z ogniskiem. Jak odpoczywaliśmy co jakiś czas, to stary szedł i przynosił gałęzie, żeby dołożyć do baniaka. I wtedy nastąpiła druga mina tej wyprawy. W tych spodniobutach stary przyciągnął sobie mocno te szelki. I jak szedł po drewno to chciał przeskoczyć przez rów. A że ślisko już było po rosie, to mało nie wywalił i poleciał tak, że aż przykucnął. Spodniobuty wtedy nie wytrzymały i pięknie jakby nożem obciął, gumiaki oderwało od nogawek. Aż mnie trzęsło ze śmiechu, ale jakoś się powstrzymałem, żeby stary czegoś głupiego nie wymyślił. Zaczął się denerwować, że teraz to gówno robią a nie sprzęt i że ten Promil-Olsztyn to kiepska firma. Jakoś po prawie 1,5 godzinie dotarliśmy na polanę. Ładne miejsce. Więc łowimy. Baniak z ogniskiem przy krzaczkach, żeby ryby światła nie widziały. Stary założył największą rosówkę i sruuuu. I mówi do mnie: „widzisz synu, tak rzuciłem, że nawet nie słychać było, gdzie do wody spadło”. Ale nic mu nie brało. Ja złowiłem suma 76 cm, brzanę krótką i ładnego leszcza 47 cm. Staremu nic nie brało. Matka nie łowiła, bo padła ze zmęczenia i spała. Na moje sugestie żeby stary sprawdził czy przynętę nie objadło, powiedział, że nie, bo już drugi raz taki rzut mu się nie uda. A najlepsze było rano, jak się okazało, że stary źle ocenił (po tej mojej nalewce) gdzie woda, a gdzie ląd i przynęta całą noc wisiała na drzewie. Rosówka była wyschnięta już mocno. Starego mało szlag nie trafił i zapowiedział, że jedziemy do domu. Matka zadowolona z takiego obrotu sprawy na sam koniec złowiła jeszcze pięknego leszcza, czym nieźle wkurwiła starego, bo pobiła jego rekord. To była chyba najbardziej nieudana wyprawa dla starego w jego życiu. Po tym wszystkim zapowiedział, że będzie łowił na spinning, bo w tym jest przyszłość, i że szczupaków i sandaczy w domu nie zabraknie.

Na tamtych forach dostał bany dożywotnio, bo jeszcze kłócił się z jakimś Murgrabią Beczkowskim o byle co. Wiem tylko, że zarejestrował się na jakimś nowym forum, ale na razie jest grzeczny. Przywlekł do piwnicy pół kubika lipy wysuszonej i gadał, że będzie robił woblery. „Bo synu - jak mówił - nie ma to jak złowić drapieżnika na własnoręcznie zrobioną przynętę”. Ma farby, kleje, drut na razie powyciągał z bombek choinkowych i mamy choinkę bez bombek. Matka się wkurzyła, ale stary powiedział, że po Nowym Roku kupi drut na Allegro i powpina z powrotem w te bombki. Na tym nowym forum mówił mi, że jest grzeczny i głupot nie wypisuje, bo musi od chłopaków wysępić tajemnice, jak się robi woblery na szczupaki. Tylko gadał mi, że i tam gówno wiedzą, bo była jakaś kłótnia, która wędka lepsza, czy ta z boronu czy z grafitu. A przecież on wie najlepiej, że najlepsza jest z kevlaru, bo miał żyłkę marki Sneck Kevlar Line i wytrzymywała 8,6 kg. I niech mu teraz znajdą taką mocną cienką żyłkę. Ale nie będzie na razie robił gównoburz, bo jest sezon martwy i nie denerwują go zdjęcia ryb, bo nikt prawie nic nie łowi i jest OK.

Ale wspominałem na samym początku, że stary się strasznie wnerwił i w tych nerwach zjadł wszystkie andruty. No bo właśnie wnerwił się, bo szperał po moim blogu i natknął się na ten właśnie wpis, gdzie o nim pisałem (TUTAJ). No nic, przejdzie mu. A tymczasem krótki przepis na te andruty:

1 wędzony pstrąg
1 duża łyżka majonezu
pół pęczka szczypiorku
pieprz
2 andruty

Mięso s pstrąga oddzielamy od ości, siekamy, dodajemy drobno pokrojony szczypiorek, majonez, obficie doprawiamy pieprzem i mieszamy dokładnie. Grubą warstwę tej pasty rozsmarowujemy na andrucie i przykrywamy drugim andrutem. Dociskamy i kroimy na kawałki.

Jeść należy w miarę od razy, póki andruty są chrupiące.

Smacznego!

2 komentarze:

  1. Do tej pory jadłam andruty na słodko, ale na słono pewnie smakują równie dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo zaskakujące połączenie. Tym bardziej chętnie sprawdzę je sama :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że tutaj jesteś. Zostaw komentarz, napisz, co sądzisz o blogu czy o tym konkretnym przepisie. Nie zostawiaj natomiast w komentarzu linków (ani do swojej strony, ani do żadnej innej) - chyba, że kontekst rozmowy tego wymaga. Jeśli interesuje Cię zareklamowanie się na blogu, to po prostu zajrzyj do zakładki "Współpraca".

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...