poniedziałek, 31 marca 2014

Chleb serowy z oliwkami i suszonymi pomidorami



Uuff, dzisiaj dzień pracowity jak nigdy. O której wy wstajecie z łóżka w niedzielę? Bo ja wstałem o 5, hehe. Bo tak sobie policzyłem, że muszę tak wcześnie wstać, żeby się ze wszystkim wyrobić. Bo znowu mam mega zajawkę na pieczenie, znowu daje mi to frajdę. Więc dzisiaj zrobiłem 6 chlebów (w trzech rodzajach), 4 bagietki i 12 bułeczek - zdjęcie na dole wpisu. A teraz już mogę spokojnie zasiąść do komputera i porobić wpisy o dzisiejszym pieczywku. Teraz więc przepis na chleb z serem, oliwkami i suszonymi pomidorami. Na kolejne wypieki przepisy w kolejnych wpisach, bądźcie więc czujni.
A wieczorem Madzia będzie robiła szynkę (w naszym nowym szynkowarze) więc przepis pewnie też niebawem się pojawi.

Składniki na 2 bochenki:
800 g mąki pszennej
500 ml wody
2 łyżeczki soli
2 łyżeczki cukru
2 łyżeczki suchych drożdży
50 g startego sera (jakiegokolwiek)
50 g oliwek
50 g suszonych pomidorów
4 łyżki oleju ze słoiczka z suszonymi pomidorami

Oliwki kroimy na ćwiartki, pomidory w paseczki i łączymy ze sobą wszystkie składniki. Wyrabiamy ciasto na gładką masę przez 15 minut. Formujemy kulkę i zostawiamy w ciepłym miejscy pod przykryciem do wyrośnięcia na 1 godzinę. Po tym czasie przez kilka sekund znowu wyrabiamy ciasto, dzielimy na 2 kawałki i formujemy bochenki lub wkładamy do foremek (w zależności od preferencji). Znowu zostawiamy pod przykryciem do wyrośnięcia na 1 godzinę. Pieczemy 40 minut w 210 stopniach. Po wyjęciu z piekarnika szybko przy pomocy pędzelka smarujemy chleby wodą. Możemy też użyć spryskiwaczki do kwiatów. Swoją drogą muszę sobie taką spryskiwaczkę kupić :) Chleby wyszły naprawdę niesamowicie aromatyczne, a dodatek oleju po suszonych pomidorach jeszcze ten smak wzmocnił. Do tego chleba z pewnością jeszcze wrócę.

Smacznego!



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

sobota, 29 marca 2014

Pissaladiere


Kolejne wirtualne spotkanie z kulinarnymi blogerami przy piekarniku, czyli Wypiekanie na śniadanie. Tym razem jak temat zarzucone zostało pissaladiere. Jest to danie z południowej Francji. Albo też z przygranicznego włoskiego regionu Liguria. Takie trochę podobne do pizzy jakby. Ciasto zwykle jest drożdżowe, chociaż znane są również wersje z kruchym ciastem. Główne (i właściwie jedyne) składniki to cebula, anchois i oliwki. Dużo cebuli. Bardzo dużo cebuli ;) We Włoszech czasami daje się jeszcze mozzarellę. Ale że to danie francuskie to ja robiłem bez sera. Pissaladiere przeważnie podawana jest do porannego posiłku jako przystawka. To coś pomiędzy cienkim chlebem, pizzą, tartą cebulową, focaccią, a polskim cebularzem.
I takie danie właśnie mieliśmy zrobić w ramach Wypiekania na śniadanie. Prosta rzecz, nie może się nie udać, a okazało się naprawdę smaczne. Chociaż ta ilość cebuli początkowo budziła moje przerażenie! Ale finalnie okazało się, że tyle ma być i jest dobrze. Cebula się fajnie skarmelizowała i dała słodki posmak.

Przepis, z którego korzystaliśmy pochodzi z książki "Księga smaków Prowansji" Diane Holuigue. Ja tam nieznaczne drobne modyfikacje wprowadziłem. W końcu nie byłbym sobą, gdybym swoich pięciu groszy nie wcisnął. Przecież wiadomo, że ja wiem lepiej :) Więc po moich drobnych modyfikacjach sprawa ma się tak:

250 ml wody
45 g świeżych drożdży
410 g mąki pszennej
2 łyżki oleju - do ciasta
80 g oleju do smażenia cebuli (czyli ok. 100 ml)
szczypta soli
1,5 kg cebuli
4-5 gałązek drobno posiekanego świeżego tymianku
20 filecików anchois w oleju
18 czarnych oliwek
1 łyżka cukru
1 łyżka octu balsamicznego

Zacznijmy od pokrojenia na piórka cebuli, bo z tym zejdzie nam się chyba najdłużej. To znaczy najpierw kroimy na pół, a potem na takie pół-plasterki.

Ciasto wyrabiamy tak jak na pizzę: wlewamy wodę do miski, wkruszamy drożdże, dodajemy olej, mąkę, szczyptę soli i wyrabiamy intensywnie około 10 minut. Formujemy kulkę, natłuszczamy ją i wkładamy do miski. Przykrywamy i zostawiamy do wyrośnięcia na 1 godzinę.

W tym czasie udusimy/skarmelizujemy cebulę. Musimy mieć naprawdę dużą patelnię. My mamy naprawdę dużą, 33 cm średnicy, a mówiąc szczerze, gdyby była większa to by się znacznie wygodniej tę cebulę robiło. Wlewamy więc na patelnię odmierzony olej, podgrzewamy mocno i wrzucamy cebulę. Smażymy 2 minuty i zmniejszamy ogień do minimum, lub prawie do minimum, dorzucamy posiekany tymianek i smażymy jeszcze 40 minut. Mieszamy co kilka minut. Po tym czasie dosypujemy łyżkę cukru, dokładnie mieszamy i smażymy 10 minut. Potem dodajemy łyżkę octu balsamicznego i jeszcze 10 minut smażymy. I cebulę mamy gotową.

Blachę wykładamy papierem do pieczenia i wałkujemy ciasto w rozmiar blachy. My robiliśmy na blachę 30x38 cm. Wykładamy ciasto na blachę i układamy na nim grubą warstwę cebuli. Na niej układamy anchois tak na wzór kratki. Okazało się, że my mamy nieco za mało anchois (nasz mały słoiczek okazał się faktycznie mały) więc kratka wyszła taka sobie. Oliwki kroimy na pół i rozrzucamy po wierzchu. Odstawiamy w ciepłe miejsce na 15 minut.
Pieczemy 20 minut w 240 stopniach - aż ciasto będzie chrupiące i lekko przyrumienione.
Kroimy na kwadraty i podajemy gorące.

Smacznego!

Razem ze mną w akcji Wypiekanie na śniadanie udział wzięli:
Justyna z Gotowanie i pieczenie - I love it
Dorota z Moje Małe Czarowanie
Iwona z Ivka w kuchni
Kinga z Małe Kulinaria
Marzena z Zacisze Kuchenne
Iza ze Smaczna Pyza
Agata z Kulinarne Przygody Gatity
Monika z Niezapomniane Smaki
Paulina z Buszująca w kuchni
Małgosia ze Smaki Alzacji
Dobrafka z Bona Apetita!
Kasia z Baby do garów!
Małgorzata z Po prostu Marghe





---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

piątek, 28 marca 2014

Worek lniany, część 3. Test i podsumowanie.


Trzeci, ostatni wpis poświęcony lnianemu workowi, który niedawno dostałem. Dwa pierwsze wpisy możecie przeczytać TUTAJ i TUTAJ. Dla niewtajemniczonych przypomnę: dostałem lniany worek z AleWorek.pl. I postanowiłem go przetestować, tzn. sprawdzić, czy faktycznie w takim worku pieczywo dłużej zachowuje świeżość. Upiekłem więc dwa identyczne chleby i jeden trzymałem w tym worku, a drugi w reklamówce. Zresztą wszystko to możecie przeczytać w dwóch powyższych linkach. A dzisiaj pora na najważniejszy wpis czyli właśnie test. Zajął mi kilka dni, a o jego przebiegu przeczytacie poniżej. A na koniec będzie moje podsumowanie i uwagi.

DZIEŃ 1: Oba chleby są świeże, upieczone kilkanaście godzin wcześniej. Więc żadnej sensacji nie będzie, co zresztą było do przewidzenia. Oba smakują identycznie.

DZIEŃ 2: Tak samo jak dzień wcześniej. Oba chleby zupełnie świeże, jakby dopiero upieczone. Zresztą razowe na zakwasie mają to do siebie, że długo świeżość utrzymują. Zatem pojedynek zapowiada się długi i ciekawy.

DZIEŃ 3: Okazało się, że taki żytni chleb na zakwasie jest doskonały również trzeciego dnia. Prawdę mówiąc nie wiedziałem o tym, ponieważ zwykle chleby u nas żyją dwa dni. Drugiego dnia są już w całości zjadane. Cóż przyniósł dzień trzeci? Jakieś zmiany, rewelacje? Jedyną rewelacją jest to, że ten chleb wciąż smakuje jakby był świeżo upieczony. I to zarówno ten trzymany w lnianym worku, jak i ten z reklamówki. Nie dostrzegłem żadnych różnic w smaku. Tak na marginesie naprawdę powinniście ten chleb zrobić, jest pyszny.

DZIEŃ 4: Jestem coraz bardziej zaskoczony. Nie tyle wynikami testu, co raczej tym, jaki ten chleb jest smaczny i jak długo świeżość trzyma. Minęły 4 dni, a on wciąż jest świeżuteńki. Może nie tak jak pierwszego dnia, ale różnica jest naprawdę niedostrzegalna. A jeśli o różnicach mowa... Wydaje mi się, chociaż pewności naprawdę nie mam, bo różnica jest bardzo subtelna, ledwie wyczuwalna, ale wydaje mi się, że chleb, który trzymam w reklamówce jest nieco bardziej wilgotny, tak naprawdę nieco-nieco, tak ledwo. Ten w lnianym worku odrobinkę wysechł chyba. Ale jeśli nawet faktycznie tak jest, to różnica jest naprawdę subtelna. Zobaczymy za dzień, dwa lub trzy.

DZIEŃ 5:  No i proszę, dzisiejszy dzień przyniósł małe niespodzianki. Już wiem dlaczego wczoraj chleb z lnianego worka wydawał mi się nieco suchszy. Otóż worek ten wchłania nadmiar wilgoci i dopiero teraz zrozumiałem, że to dobrze. Bo właśnie wyłonił nam się zwycięzca testu. Chleb trzymany w reklamówce po prostu piątego dnia mi spleśniał. Worek lniany wygrał test! Ale postanowiłem dalej prowadzić ten test, chcę sprawdzić jak długo chleb w tym worku wytrzyma. Dzisiaj, piątego dnia, chleb był wciąż bardzo smaczny. Nie był oczywiście pierwszej świeżości, ale nie zawahałbym się zrobić sobie z niego kanapek do pracy. Jest po prostu wciąż świeży.

DZIEŃ 6: Czuć już, że jakiś czas ten chleb ma, jest nieco suchy. Ale wciąż zdatny bez problemu do jedzenia. Po prostu czuć, że nie jest dzisiaj czy wczoraj zrobiony. Poza tym nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia. Test trwa! :)  Myślę, że jeszcze dzień lub dwa będę mógł go w takiej formie jeść, to znaczy tak na sucho, bez niczego. Pewnie za jakieś dwa dni trzeba będzie jego wiek zamaskować jakimś smarowidłem typu masło i wędliną. I wciąż przez kolejne dwa dni być może będzie zdatny do jedzenia. Zobaczymy...

DZIEŃ 7: W zasadzie smak wydaje mi się identyczny jak dzień wcześniej. Czuć, że chleb nie był zrobiony ani dziś, ani wczoraj, ale jest bardzo smaczny, nadal bez najmniejszego problemu da się go jeść. Naprawdę nie powstydziłbym się zrobić komuś kanapki z tym chlebem. Zwłaszcza, że w kanapce smakuje jakby był zupełnie świeży, wędlina z sałatą skutecznie ukrywają jego wiek.

DZIEŃ 8: Myślę, że to już ostatni dzień tego chleba, gdy jem go tak bez niczego, na sucho. Wciąż jest smaczny, ale czuć już lekko starość. Dramatu oczywiście nie ma, mógłbym jeszcze przez jakieś 2 dni jeść go w takiej formie. Ale nie widzę powodu do zmuszania się skoro mogę jeść go w postaci kanapek ;) Więc jutro prawdopodobnie już kanapki.

DZIEŃ 9: Smutek wielki w moim domu nastał. Konsternacja i wielkie zaskoczenie. Dlaczego? Czemu mi to zrobiłeś? Czym sobie na to zasłużyłem? Dbałem o ciebie, pilnowałem, chwaliłem. Nawet dzisiaj chciałem masłem posmarować... A ty mi podstępnie i znienacka spleśniałeś... Tak, stało się, test definitywnie się zakończył. Chleb trzymany w lnianym worku dziewiątego dnia mi spleśniał. Pora zatem na krótkie podsumowanie.

Czuję się lekko zawiedziony, tak leciutko. Nie jakoś bardzo, ale myślałem, że będzie inaczej. Że jeszcze kilka dni test potrwa, aż chleb po prostu stanie się czerstwy. Bo znalazłem w internecie przepis na zupę chlebową. Zaintrygowała mnie ona bardzo i czerstwy chleb właśnie na tę zupę chciałem wykorzystać. A teraz się nie uda i nie dowiem się jak smakuje. A wy nie dostaniecie przepisu :(
Cóż... Z drugiej strony nie ma powodów do narzekań, chleb trzymany w lnianym worku wytrzymał prawie dwa razy dłużej niż ten trzymany w reklamówce. Dla przypomnienia: w reklamówce 5 dni, w lnianym worku 9 dni. Czy zatem warto go kupić? Na to pytanie musicie sami sobie odpowiedzieć, mam nadzieję, że mój test pomoże wam podjąć decyzję. Ja mogę wam jedynie powiedzieć co ja bym zrobił. Ja pewnie bym kupił. Co prawda nie jest mi jakoś niezbędnie potrzebny, bo chleb bardzo rzadko u nas leży dłużej niż 2 dni. Może więc leżeć w reklamówce. Ale u mnie w grę wchodzą walory estetyczne. Mamy fajny drewniany chlebak z szybką. I reklamówka w tym chlebaku wygląda tak sobie. Lniany worek prezentuje się bez porównania lepiej.

A wy macie jakieś uwagi, spostrzeżenia? Chętnie poczytam w komentarzach. A tymczasem zapraszam do przejrzenia asortymentu sklepu AleWorek.

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

środa, 26 marca 2014

Tarta z wężymordem



Madzia ostatnio ma zajawkę na dziwne warzywa. Dziwne, czyli takie których nigdy dotąd nie jedliśmy. I nie mam na myśli egzotycznych roślin, tylko właśnie nasze krajowe. Jak na przykład tytułowy wężymord. Znany również jako skorzonera lub pospolicie jako polski szparag. Chociaż akurat ta nazwa jest dziwna, bo ze szparagami nie ma nic wspólnego, zupełnie. Natomiast nazwa wężymord wzięła się stąd, że dawno dawno temu używany był jako antidotum na jad żmij. Prawdę mówiąc nie wiem w jaki sposób, jak się go przyrządzało, ale pewnie działał skoro doczekał się takiej nazwy. No i właśnie Madzia przyniosła do domu pół kilo wężowych mordek - jak pieszczotliwie zaczęliśmy nazywać to warzywo. A dodam jeszcze, że wygląd ma taki jakiś zupełnie nijaki... Jakoś tak po prostu jak brunatne, brudne połamane patyki wygląda. Jakbym gdzieś na bazarze zobaczył to bym nawet złotówki nie chciał za to zapłacić :) A jak mądry internet mi doniósł wężymord jest niezwykle zdrowy, naładowany aż po brzegi witaminami. Zawiera sód, potas, magnez, wapń, żelazo, fosfor, chlor, karoten, witaminy E, B1, B2, C oraz kwas nikotynowy. Czyli całkiem sporo fajnych rzeczy jak na tak brzydką roślinkę :)
No dobra, więc Madzia przyniosła pół kilo tego i wymyśliła, że będziemy robić tartę. Właściwie to nie tartę tylko quiche - jeśli mamy się trzymać poprawnej terminologii. Bo quiche tym różni się od tarty, że jest wytrawne z jajeczno-śmietanową polewą. A przepis podpatrzyliśmy na blogu Belgia od kuchni.

Składniki na ciasto:
200 g mąki pszennej
100 g masła
szczypta soli
60 g wody

Składniki na farsz:
300 g obranej skorzonery
150 g boczku
150 g słodkiej śmietany
150 g mleka
3 jajka
kilka łyżek oliwy
kilka gałązek tymianku
gałka muszkatołowa
sól, pieprz

Robimy ciasto: wysypujemy mąkę na blat, robimy górkę, a na środku górki otwór. I tam nalewamy wodę. Dajemy szczyptę soli, pokrojone w kostkę masło i czubkami palców wyrabiamy ciasto aż masło się rozpuści i składniki się połączą. Formujemy kulkę, zawijamy w folię spożywczą i na minimum pół godziny chowamy do lodówki.

Teraz zaczynamy nagrzewać piekarnik do 180 stopni i zaczynamy obierać skorzonerę. Ale uwaga, musimy mieć przygotowaną miską z wodą i sokiem z cytryny (ja na spora miskę dałem sok z połowy cytryny), bo skorzonera bardzo szybko czernieje. Więc obieramy i od razy wkładamy do miski z wodą. Jak obierzemy całą to kroimy wzdłuż na połówki i układamy na blasze nasmarowanej tłuszczem. Posypujemy roztartymi w palcach listami tymianku, przyprawiamy solą i pieprzem, skrapiamy oliwą i wkładamy do piekarnika na 25 minut. W tym czasie na suchej patelni podsmażamy pokrojony w kostkę boczek.
W międzyczasie wyjmujemy ciasto z lodówki i wykładamy nim formę (bardzo dokładnie natłuszczoną, najlepiej miejsce przy miejscy nasmarować masłem). Nie musimy wałkować, możemy w formie rozciągnąć ciasto palcami. Następnie miejsce przy miejscy nakłuwamy spód ciasta widelcem i wkładamy do piekarnika na 15 minut, żeby trochę podpiec.W tym czasie w misce rozbijamy jajka, dodajemy sól, pieprz, śmietanę i mleko i wszystko dokładnie mieszamy ze sobą przy pomocy widelca lub trzepaczki.
Jak się ciasto podpiecze to wyjmujemy je z piekarnika i  układamy na nim paski skorzonery i boczek. Zalewamy masą jajeczno-śmietanową.  Ścieramy odrobinę gałki muszkatołowej i wkładamy do piekarnika na 30 minut.

I powiem wam zupełnie szczerze, że to najlepsza tarta jaką jadłem. Być może nie jestem znawcą tart, nie jadłem ich może nie wiadomo jak wiele, ale ta z pewnością była najlepsza.

Smacznego!




---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 24 marca 2014

Domowa musztarda (piekielnie ostra)


Madzia zrobiła w domu musztardę. Ale nie byle jaką. Po prostu z piekła rodem! Ostra jak moja maszynka do golenia! A właśnie, przypomniało mi się, że muszę kupić nowe nożyki do maszynki do golenia., bo jest tępa jak niektórzy ludzie, których znam. No tak, więc to był kiepski przykład. W każdym razie musztarda jest naprawdę piekielna! A dodatkowo ma genialnie komponującą się z ta pikantnością nutkę słodkości. Jestem pewien, że musztardy w sklepie nie kupimy już nigdy. Tę domową robi się naprawdę łatwo:

90 g ziaren jasnej gorczycy
100 ml wody
75 ml octu jabłkowego
50 g cukru
12 g soli

Gorczycę wkładamy na 1 godzinę do zamrażarki. Po tym czasie miksujemy ją w miseczce blenderem na mączkę. Wodę z octem gotujemy i odstawiamy na 15 minut do ostygnięcia. Dodajemy cukier, sól, zmieloną gorczycę i mieszamy przez 5 minut. Masa będzie stopniowo gęstnieć. Po 5 minutach musztarda powinna już być gotowa :) Wystarczy teraz przełożyć do słoiczka. Może stać w lodówce kilka miesięcy. I pamiętajcie: naprawdę jest ostra jak brzytwa! Jeśli chcecie nieco łagodniejszą to nie miksujcie tak dokładnie gorczycy, zostawcie trochę niezmielonych ziaren.
A my pewnie niedługo zrobimy musztardę miodową i chrzanową. Nie omieszkam się pochwalić jak to zrobimy :)

A przepis Madzia podejrzała na blogu www.flowerek.com.

Smacznego!




---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

sobota, 22 marca 2014

Croissanty


Croissant, czyli lekko słodkie, bardzo maślane francuskie bułeczki. To było dla nas wyzwanie. Planowaliśmy je zrobić już jakiś czas temu, ale jakoś nigdy okazji nie było, jakoś zebrać się nie mogliśmy. Aż nagle okazja przyszła do nas sama. Od kilku tygodni bierzemy z Madzią udział w akcji Wypiekanie na śniadanie. Wspominałem już o tym, ale mogę raz jeszcze wspomnieć, dla tych, którzy niezbyt regularnie mnie czytają. Jest wymyślany jakiś temat i wszyscy biorący udział robią wypiek według jednego przepisu. A potem oglądamy na zdjęciach co i jak komu wyszło :)

I właśnie Małgosia, pomysłodawczyni całej akcji, rzuciła temat croissantów. Rewelacja, lepiej trafić nie mogła. Teraz już się wymigać nie możemy. Przy okazji liznęliśmy trochę wiedzy. Bo wydawało nam się, jak pewnie większości ludziom, że croissanty robi się z ciasta francuskiego. Otóż nie do końca. Ciasto francuskie robi się bez drożdży, a do ciasta na croissanty drożdże się dodaje. Jest to tzw. ciasto drożdżowe listkowane masłem. Nieco podobne, ale jednak inne. Tylko nieco podobne.

Jest wiele sposobów na przygotowanie tego ciasta, mniej lub bardziej skomplikowane. Każdy światowej klasy kucharz/cukiernik ma swój przepis wypracowany przez lata i latami dopieszczany. My na potrzeby naszego Wypiekania na śniadanie skorzystaliśmy z przepisu mistrza Philippe Conticini.

Zaczyn:
70 g mąki pszennej tortowej
10 g świeżych drożdży
65 g mleka (w temperaturze pokojowej)

Ciasto:
85 g wody
85 g masła (stopionego i wystudzonego)
8 g drobnej soli
55 g cukru pudru
340 g mąki pszennej tortowej
15 g świeżych drożdży
250 g masła

Do posmarowania wierzchu:
1 jajko (rozbełtane)


Przygotować zaczyn:
W miseczce wymieszać drożdże z mlekiem i mąką na gładką masę. Przykryć miseczkę folią spożywczą i odstawić w ciepłe miejsce na 1 godzinę. Po tym czasie masa powinna podwoić swoją objętość.

Przygotować ciasto:
Drożdże (15 g) wymieszać z wodą i odstawić na 5 minut.

W misce zmiksować zaczyn z mąką, solą, cukrem i 85 g masła (stopionego i wystudzonego). Miksować na wolnych obrotach przez 2 minuty. Dodać rozpuszczone drożdże i miksować całość przez 10 min. na średnich obrotach do uzyskania gładkiego ciasta. Ciasto w misce przykryć folią spożywczą i odstawić w temperaturze pokojowej na 30 minut. Po tym czasie ciasto powinno podwoić swoją objętość. Ciasto uformować w kulę, zawinąć w folię spożywczą i wstawić do lodówki na całą noc.

Na drugi dzień ciasto rozwałkować na prostokąt grubości 1 cm i wstawić do zamrażarki na 30 minut, żeby było dobrze schłodzone i stwardniałe. To jest ważny etap, bo dzięki kontrastowi zimnego ciasta i miękkiego masła wytworzą się warstwy/listkowa struktura w gotowym cieście. Masło wyjąć z lodówki na 1 godzinę przed użyciem. Rozwałkować je pomiędzy dwoma kawałkami folii spożywczej na prostokąt o grubości 1 cm (o 1 cm mniejszy z każdej strony niż powierzchnia ciasta). Nałożyć masło (bez folii) na ciasto. Złożyć ciasto na 3 części (jak urzędowy list). Rozwałkować je na prostokąt, ponownie złożyć, obrócić o 90 stopni i ponownie rozwałkować i złożyć. Postąpić tak (wałkowanie, składanie) jeszcze cztery razy. Czyli ogólnie razem 6 razy.

Zawinąć złożone ciasto w folię spożywczą i wstawić do lodówki na 1 godzinę. Rozwałkować na pasmo o szerokości 20 cm i grubości 5 mm (my chyba nawet cieńsze zrobiliśmy). Przyciąć brzegi, żeby otrzymać równy prostokąt. Ciasto pociąć ostrym nożem na trójkąty o wysokości 20 cm i podstawie 10 cm (my zrobiliśmy podstawę 15 cm). Każdy trójkąt zwinąć w rogalik, zaczynając od podstawy trójkąta.

Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia zachowując 5 cm odstępy. Pomiędzy rogalikami postawić miseczkę z wodą (w temperaturze pokojowej), przykryć całość ściereczką lub folią, żeby nie obeschły i odstawić na 2 godziny do wyrośnięcia w temperaturze pokojowej. Ciasto powinno zwiększyć swoją objętość o około 80 procent.

Temperatura w pomieszczeniu nie powinna przekraczać 23 stopni, bo masło zacznie się topić i nie powstaną warstwy w cieście w trakcie pieczenia. Ciasto nie powinno też wyrastać za długo (to znaczy nie powinno osiągnąć powyżej 80 procent pierwotnej objętości), bo dojdzie do zbytniego rozrostu drożdży, co wpłynie na słabe rośnięcie w trakcie pieczenia, brak puszystości wnętrza i wierzch nie zrumieni się wystarczająco.

Przy pomocy pędzla posmarować wierzch rogalików jajkiem. Zdjąć z blachy miseczkę z wodą.

Nagrzać piekarnik do 230 stopni. Na dno piekarnika postawić miseczkę (metalową / żaroodporną) z zimną wodą.

Piec croissanty przez 12-15 minut. Nie otwierać piekarnika w trakcie pieczenia.

Nasze croissanty wyszły może nieco niekształtne, może nieco za bardzo się zrumieniły, ale myślę, że jak na pierwszy raz jest w miarę dobrze. Przy kolejnych wypiekach (bo z pewnością będą) będzie lepiej. A wy w komentarzach możecie się podzielić z nami swoimi zmaganiami z croissantami, o ile już je robiliście.

Smacznego!

A tak na marginesie "croissant" to trudne w wymowie słowo. Bawi mnie niezwykle czasami spotykana wymowa "kurosanty", ale już kompletnie do łez doprowadziła mnie wymowa "kursanty". Ot, po prostu nasze swojskie polskie kursanty :)

Razem ze mną i Madzią croissanty wypiekały:
Dobrafka z Bona Apetita!
Małgosia ze Smaki Alzacji
Marzena z Zacisze Kuchenne
Niebieska Pistacja z Niebieska Pistacja
Anna z Na Stole
Wiosenka z Eksplozja Smaku
Monika z matkaWariatka
Lidia z Facebooka
Iza ze Smaczna Pyza
Kamila z Ogrody Babilonu
Ola z Ale Smaki

piątek, 21 marca 2014

Chleb żytnio-orkiszowy (worek lniany, część 2)


Parę dni temu pisałem o lnianym worku, który będę testował. Dostałem go od firmy AleWorek.pl. Nie chce mi się jeszcze raz całej historii opowiadać, bo noc jest teraz gdy to piszę, i trochę do łóżka się spieszę ;) Możecie pierwszą część wpisu przeczytać TUTAJ.
Zatem wspomniany worek zamierzam testować przy pomocy tego oto chleba żytnio-orkiszowego. Właściwie to już testuję, już trwa kolejny dzień testów. Ale wyniki poznacie dopiero jak skończę całość, czyli za kilka dni. Przypomnę tylko, że każdego dnia jem kromkę tego chleba trzymanego w lnianym worku i trzymanego w zwykłej reklamówce. I opisuję skrzętnie :)
Przepis podpatrzyłem w jednej z grup kulinarnych na Facebooku. Dziękuję zatem Basi, która ten przepis zamieściła (ja go nieznacznie zmodyfikowałem).

Składniki na 2 bochenki:

Zaczyn:
540 g mąki żytniej typ 2000
540 ml wody
220 g zakwasu żytniego

Ciasto właściwe:
345 g mąki żytniej typ 2000
450 g mąki orkiszowej typ 2000
600 ml wody
4 łyżeczki soli
150 g ziaren słonecznika

Najpierw zaczyn: mieszamy ze sobą wszystkie składniki w dużej misce. Ciasto będzie raczej rzadkie i koszmarnie klejące się do dłoni więc zróbmy to łyżką. Nie musimy jakoś bardzo mocno mieszać, wystarczy 2-3 minuty żeby się składniki ze sobą połączyły. Zakwas musi być oczywiście aktywny, czyli dokarmiony około 12 godzin wcześniej. Przykrywamy ściereczką i zostawiamy w ciepłym miejscu na 12-16 godzin.
Po tym czasie dodajemy wszystkie składniki na ciasto właściwe i ponownie mieszamy łyżką (lub mikserem ze stosownym hakiem). Tym razem nieco dokładniej. Mikserem ze 3 minuty, łyżką około 10. I przekładamy do foremek (natłuszczonych lub wyłożonych papierem do pieczenia). Nakładamy maksymalnie do 3/4 wysokości. Ja nieco mniej nałożyłem, tak między połową, a 3/4. I odstawiamy pod przykryciem w ciepłe miejsce na wiele godzin, aż ciasto urośnie do krawędzi formy. Powinno to trwać 2-6 godzin, z zależności przed wszystkim od temperatury i siły zakwasu. Ja swoje formy trzymałem w piekarniku nastawionym na około 35-40 stopni.
Nagrzewamy piekarnik do 230 stopni i pieczemy chleb przez 15 minut. Potem zmniejszamy temperaturę do 200 stopni i pieczemy jeszcze 30 minut. Po upieczeniu studzimy na kratce i kroimy dopiero po całkowitym ostygnięciu. Na ciepło będzie się bardzo kleił do noża.

Smacznego!

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

środa, 19 marca 2014

Baleron parzony


Madzia kupiła 3,5 kg karkówki i przerobiliśmy ją na baleron. Bo ostatni mamy zajawkę na domowe wędliny. To znaczy na wszystko domowe mamy zajawkę. Co da się samemu zrobić to staramy się robić. Coraz więcej rzeczy nam wychodzi :) Niedługo pora na majonez i masę kajmakową, zwaną krówkową.
No to pora na przepis, bo piwo czeka na wypicie :) A dodam jeszcze, że z tej karkówki co Madzia kupiła zrobiliśmy baleron parzony i  baleron pieczony. Na pieczony przepis później, może w kolejnym wpisie, za tydzień, albo nieco później.

1 kg karkówki
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru trzcinowego
1 łyżeczka granulowanego czosnku
0,5 - 1 litr wywaru warzywnego lub z kości

Mięso obsypujemy przyprawami i dokładnie te przyprawy wcieramy. Jak Madzia mi powiedziała: "No wcieraj tak jakbyś cycka masował!" Więc panowie będą wiedzieć jak wcierać. Następnie zawijamy ciasno w folię i chowamy na minimum 2 dni do lodówki. Po tym czasie przekładamy mięso do szklanego lub ceramicznego naczynia, zalewamy bulionem (my zrobiliśmy z naszej domowej bulionetki - na którą przepis wkrótce), przykrywamy i znowu wkładamy do lodówki. Znowu minimum na 2 dni, ale tym razem co kilka godzin mięso trzeba przewrócić. Po tych dwóch (lub więcej) dniach wyjmujemy mięso z zalewy, osuszamy i wkładamy do siatki wędliniarskiej lub związujemy ciasno sznurkiem. Podgrzewamy wodę, ale tak żeby się nie gotowała, ma mieć około 80 stopni. Wkładamy mięso i trzymamy 1,5 godziny. Następnie zestawiamy z ognia i pozwalamy żeby baleron ostygł w zalewie. A wywaru nie wylewamy, przyda się na żurek :)




---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 17 marca 2014

Bagietki z siemieniem lnianym na zakwasie


Dzisiaj szybko, bez zbędnych dygresji, bo zaraz mi się zrobią piekielnie ostre skrzydełka kurczakowe. Na które zresztą przepis wkrótce :)
Będzie więc teraz przepis na naprawdę niesamowite bagietki z siemieniem lnianym. Miękkie w środku z chrupiącą skórką. Składniki na 4 sztuki:

500 g mąki tortowej
150 g zakwasu żytniego
250 ml wody
1 łyżeczka soli
1 (nawet może być niecała) łyżeczka suszonych drożdży
4 łyżki siemienia lnianego

Siemię możemy na początku wyprażyć trochę na patelni, będzie miało bardziej wyrazisty smak. Ale nawet i bez tego też będzie nieźle. Mieszamy więc ze sobą wszystkie składniki i wyrabiamy 20 minut. Przykrywamy i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 2 godziny. Po tym czasie formujemy 4 bagietki i znów zostawiamy pod przykryciem do wyrośnięcia. Tym razem na 1 godzinę. Po tym czasie smarujemy bagietki olejem, nacinamy skośnie w kilku miejscach na grzbiecie i posypujemy mąką.
Pieczemy 25 minut w 210 stopniach.

Smacznego!


Bagietki trafiają na listę "Na zakwasie i na drożdżach".

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

sobota, 15 marca 2014

Francuski chleb pszenny na zakwasie


Moje kolejne, drugie już, podejście do akcji "Wypiekanie na śniadanie". Opisywałem to niedawno temu. Akcja ta polega na tym, że zbieramy się w kupę w kilka/kilkanaście osób. To znaczy wcale się nie zbieramy, każdy u siebie w domu siedzi. Ale wybieramy jakiś jeden wypiek i każdy u siebie to samo robi. I potem możemy zobaczyć na jak wiele sposobów można zinterpretować jeden przepis. Fajna zabawa :)
Tym razem francuski chleb pszenny na zakwasie, według przepisu Bei z bloga Bea w Kuchni (ja kierowany doświadczeniem i swoimi upodobaniami nieznacznie go zmodyfikowałem).

Składniki na 2 małe bochenki lub jeden wielki:

Najpierw robimy zaczyn:
40 g zakwasu
140 g mąki pszennej
10 g mąki żytniej typ 2000
90 g wody

Zakwas musi oczywiście być aktywny, czyli dokarmiony ok. 12 godzin wcześniej. Mieszamy wszystkie składniki, przykrywamy i zostawiamy na 12-14 godzin w ciepłym miejscu, ewentualnie w temperaturze pokojowej.

Ciasto właściwe:
800 g mąki pszennej
50 g mąki żytniej typ 2000
450 g wody
2 łyżeczki soli
cały zaczyn

Najpierw mieszamy mąkę z wodą, aż nam się ładnie połączy. Przykrywamy i odstawiamy na 1 godzinę. Dodajemy sól, krótko zagniatamy i łączymy z zaczynem. Zagniatamy około 10 minut. Gdyby ciasto było za luźne to dosypujemy odrobinę mąki, jak za suche to troszkę wody. Ma być średnio ścisłe. Tak żeby łatwo się wyrabiało, ale nie kleiło do dłoni.
I teraz musimy pomyśleć, czy robimy jeden wielki bochenek, czy dwa mniejsze. Jeśli jeden to po prostu wkładamy ciasto do miski. Jeśli dwa to dzielimy na pół i obie połówki wkładamy do osobnych misek żeby wyrastały. Przykrywamy i zostawiamy na 2,5 godziny. Po pierwszej godzinie wyjmujemy ciasto z miski, rozpłaszczamy je i z każdej strony zawijamy na szerokość ok. 1/3 płat ciasta do środka. W ten sposób napinamy dolną część chleba, która potem będzie górą bochenka. I wkładamy znowu do miski do wyrastania. Po drugiej godzinie robimy to samo. I po kolejnych 30 minutach również. Formujemy bochenek, układamy na blasze, na której będziemy piec i oprószamy mąką. Przykrywamy ściereczką i zostawiamy do wyrośnięcia. Czas wyrastania zależy przede wszystkim od temperatury otoczenia i siły naszego zakwasu. Będzie to mniej więcej 2-6 godzin. Jak chleb mniej więcej podwoi objętość to nacinamy go ukośnie w kilku miejscach i pieczemy 40 minut w 240 stopniach. Piekarnik przed wsadzeniem chleba lekko parujemy, czyli psikamy do niego trochę wody, najlepiej taką spryskiwaczką do kwiatów. Albo rzucamy na dno kilka kostek lodu.
Gdyby chleb mocno nam się zarumienił podczas pieczenia (za mocno) to przykrywamy go kawałkiem folii aluminiowej.

Od razu po wyjęciu z piekarnika kilka razy spryskujemy chleby spryskiwaczką do kwiatów.
Zasadniczo nie powinno podobno się jeść gorącego chleba, ale ten zaraz po wyjęciu z piekarnika smakował obłędnie. Ukroiłem sobie trzy kromki, położyłem kawałek twardego masła, takiego prosto z lodówki i obserwowałem jak się szybko rozpuszcza i wnika w strukturę chleba. Mniaaam...

Razem ze mną przy piekarniku stały:
Monika z Niezapomnianych Smaków
Justyna z Gotowanie i Pieczenie - I love it
Kinga z Małe Kulinaria
Smacznego!


Ten chleb bierze udział w akcji "Na zakwasie i na drożdżach"


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 13 marca 2014

Worek lniany, część 1


Dzisiaj bez przepisu, ale mam nadzieję, że wpis was zainteresuje. Dostałem taki fajny lniany worek jaki widać powyżej na zdjęciu. A nawet dwa takie worki ;) Służą one, jak łatwo się domyśleć, do przechowywania pieczywa. Pani ze sklepu www.aleworek.pl zapewnia, że ma on same zalety. Że chleb w nim trzymany dłużej trzyma świeżość i że len  to w ogóle ekologia i samo zdrowie, że właściwości antybakteryjne ma. Cytując z ulotki dołączonej do worka: "Len znany jest ze swych antybakteryjnych i antyalergicznych właściwości. Właśnie dlatego używany był w gospodarstwach domowych już od wieków.Wykorzystanie naturalnego lnu, urokliwych i nowoczesnych ozdób ze starannym oraz indywidualnie dobranym wykończeniem, sprawiło, że trzymasz ulotkę prezentującą produkty marki aleWorek!  Im więcej otrąb i zdrowych ziaren oraz wysokiej klasy mąki, tym dłużej chleb zachowuje świeżość, ale tylko jeśli przechowuje się go w odpowiednich warunkach. AleWorki uszyte z grubego 100% lnu, zabezpieczają przed pleśnią, spowalniają proces wysychania i chronią pieczywo."
Czy ekologia i samo zdrowie to nie wiem, nie znam się i nie potrzebuję się znać. Ale zamierzam sprawdzić jak to jest z tą świeżością, czy faktycznie chleb dłużej wytrzymuje. Zamierzam przeprowadzić uczciwy, rzetelny test. Upiekę dwa identyczne chleby. Prawdopodobnie będą to żytnie na zakwasie. Jeden będę przechowywał tak jak zawsze przechowuję chleby, czyli po prostu w zwykłej reklamówce. A drugi w tym właśnie lnianym worku. I oczywiście oba w drewnianym chlebaku. Każdego dni będę kroił po kromce każdego chleba, próbował i zapisywał swoje uwagi. Czyli test dość prosty i jednocześnie bardzo obiektywny. A przy okazji sam sobie odpowiem na pytanie, które zadaję sobie od 4 lat i wciąż nie znam na nie odpowiedzi: ile właściwie dni zachowuje świeżość taki domowy chleb? Nigdy nie mogłem tego sprawdzić, bo chleb zawsze u nas znika już drugiego dnia. A teraz w końcu będę wiedział.

Jedna rzecz już teraz jest pewna. Te worki są naprawdę ładne i solidnie wykonane. Nie wiem jaki będzie wynik testu, nie wiem czy te worki faktycznie są takie dobre. Nawet jeśli nie okażą się lepsze od mojej reklamówki to i tak wygrały przez swój naprawdę ładny wygląd. Akurat dla mnie to ma spore znaczenie, ponieważ nasz śliczny drewniany chlebak ma gustowną szklaną szybkę na przedzie. Przez którą elegancko wszystko widać. I powiem wam szczerze, że chleb owinięty w reklamówkę nawet w najładniejszym chlebaku nie może prezentować się dobrze. Ale już z tym koniec, teraz mamy i ładny chlebak i ładnie zabezpieczony chleb w lnianym worku. A wzorów worków jest sporo, można wybrać coś dla siebie, do każdej kuchni. Jak wam się chce to popatrzcie TUTAJ. A za kilka dni biorę się za pieczenia chlebów i testowanie. Wyniki opublikuję jak już skończę, myślę, że testy pewnie z tydzień ni zajmą. Czyli za około 2 tygodnie możecie się spodziewać wpisu z wynikami. A w międzyczasie zamieszczę przepis na chleby, przy pomocy których będę testował. Jeszcze nie wiem jakie to będą, ale coś wymyślę :)

A ktoś z was ma już taki lniany worek? Jeśli mieliście z czymś takim do czynienia to opiszcie w komentarzach swoje wrażenia. Z góry dziękuję :)

PS. Tak naprawdę to już wiem jaki chleb upiekę (widać go na zdjęciu na górze), bo już go zresztą zrobiłem i testy już trwają. Po prostu ten wpis przygotowałem wcześniej, a teraz dopiero publikuję :)

AKTUALIZACJA (29.03.2014):
Druga część wpisu o lnianym worku
Trzecia część wpisu o lnianym worku

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

środa, 12 marca 2014

Schab pieczony


Jestem wykończony. Wróciłem z pracy i od razu zasiadłem do kolejnej pracy, takie tam zlecenie na boku. A jeszcze cały czas kręcił się pan złota rączka po mieszkaniu, bo łatał nam dwie gigantyczne dziury w ścianach, które to pozostawił po sobie pan stolarz. Eehhh, nie chce mi się nawet gadać o tym. Pan złota rączka właśnie poszedł, a ja zasiadłem żeby szybko ten przepis wpisać. Szybko, bo ziewam już okrutnie i zaraz zasnę.
Madzia zrobiła bardzo prosty i naprawdę pyszny i aromatyczny pieczony schab.

1,4 kg schabu
6 łyżek oleju
pół łyżeczki tymianku
pół łyżeczki rozmarynu
pół łyżeczki szałwii
ząbek czosnku
15 kuleczek kolorowego pieprzu
1 łyżeczka octu balsamicznego

Olej, ocet balsamiczny, tymianek, rozmaryn i szałwię mieszamy ze sobą. Pieprz miażdżymy w moździerzu i też dorzucamy. Smarujemy tym schab. A potem schab kładziemy w naczyniu żaroodpornym i zalewamy tą marynatą. Czosnek kroimy w plasterki i kładziemy na górze schabu. Przykrywamy i chowamy do lodówki na 24 godziny (po 12 godzinach przekręcamy schab na drugą stronę, a czosnek ponownie układamy na wierzchu). Po tym czasie schab ładnie nam przejdzie marynatą. Zdejmujemy czosnek i wkładamy schab w siatkę wędliniarską. Pieczemy przez 1,5 godziny w 180 stopniach. W połowie tego czasu przekręcamy schab na drugą stronę. Pieczemy bez przykrycia.

Możemy kroić na grube plastry i z jakimś sosem pieczeniowym użyć do obiadu, albo po prostu w cienkich plastrach na kanapki jako wędlina.

Smacznego!



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Domowy twaróg



Tym razem kolei na domowy twaróg. Jest naprawdę doskonały w smaku, na weekendowe śniadanie wręcz idealny. Jakiś czas temu Madzia zaczęła chodzić na okoliczny bazarek. Po takie prawdziwe świeże wiejskie rzeczy do jedzenia. Niemal za każdym razem kupuje śmietanę i mleko. I z takiego wiejskiego mleka zrobiliśmy twaróg. Od razu napiszę, że takie sklepowe UHT się nie nadaje (nie ma w nim bakterii odpowiedzialnych za zsiadanie się mleka). 
I właśnie tylko to mleko będzie nam potrzebne, nic więcej. Wlewamy mleko do miski i za dwa dni będzie już zsiadłe. Wtedy wlewamy je do garnka i podgrzewamy przez 30 minut. Ale bardzo ważne jest żeby nie doprowadzić do wrzenia! W tym czasie mleko zacznie się zbijać w grudki. Następnie durszlak wykładamy gazą i na tę gazę odlewamy mleko z garnka. Odciskamy dokładnie, żeby całą serwatka wypłynęła, a mleko zostało w gazie. Uwaga, będzie bardzo gorące! Jeżeli uznamy, że za bardzo odcisnęliśmy i twaróg jest zbyt suchy to możemy dodać odrobinę śmietany.
I właściwie to już koniec. Jeszcze tylko przekładamy twaróg do jakiegoś pojemniczka.

Dodam, że produkcja twarogu jest opłacalna. Jak kupimy wiejskie mleko na bazarze to cenowo wyjdzie podobna kwota jak za twaróg sklepowy. Z 1 litra mleka otrzymaliśmy około 150 g twarogu.

Smacznego!



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

sobota, 8 marca 2014

Bułki pszenno-orkiszowe na drożdżach, czyli akcja "Wypiekanie na śniadanie"


Heh, po raz pierwszy załapaliśmy się z Madzią do wspólnej akcji blogerów kulinarnych polegającej na przygotowaniu jakiejś potrawy. Nie tak, że wszyscy się spotykamy i coś robimy tylko każdy u siebie, każdy sobie. Jest jeden przepis i każdy biorący udział w akcji z tego przepisu przygotowuje swoją wizję, swoją wersję potrawy. Teraz akcja "Wypiekanie na śniadanie", czyli robimy bułki pszenno-orkiszowe na drożdżach. Akurat temat pieczywa, jak być może wiecie, jest bliski memu sercu, więc radośnie zakasałem rękawy i przystąpiłem do dzieła. Przepis źródłowy pochodzi od Buszującej w Kuchni i wygląda następująco:

225 g maki pszennej
150 g mąki orkiszowej
7 g drożdży instant
1,5 łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru
1 łyżka oliwy z oliwek
200 ml letniej wody
2 łyżki tartego parmezanu
1 łyżka suszonego oregano

Obie mąki, drożdże, sól, cukier i oliwę z oliwek mieszamy ze sobą. Stopniowo dolewamy wodę. Wyrabiamy ciasto przez 10 minut, aż będzie gładkie i elastyczne. Zostawiamy na 5 minut żeby odpoczęło, a potem wyrabiamy kolejne 5 minut. Przekładamy do miski, obsypujemy lekko mąką, przykrywamy ściereczką i zostawiamy do wyrośnięcia w ciepłym miejscu na 2 godziny.

Ciasto dzielimy na 8 równych części. Każdą spłaszczamy, następnie boki zawijamy do środka tworząc sakiewkę.. Czynność jeszcze powtarzamy 1-2 razy. Formujemy podłużne bułeczki (ja uformowałem podłużne, ale i tak wyrosły mi na okrągłe). Obtaczamy je w parmezanie wymieszanym z oregano. Układamy je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, spojeniem do dołu. Przykrywamy ściereczką i zostawiamy na 40 minut do ponownego wyrośnięcia.
Ostrym nożem robimy nacięcie wzdłuż bułek i posypujemy posypujemy pozostałym parmezanem.
Pieczemy przez 20 minut w 200 stopniach.

I żeby uściślić: Buszująca w Kuchni nie sprecyzowała jakich mąk użyła. Ja więc zastosowałem orkiszową typ 2000 i pszenną typ 550.

Razem ze mną udział w akcji brali:
Łucja z Fabryki Kulinarnych Inspiracji
Monika z Matka Wariatka
Pat z Patison w Kuchni
Dobrawa z Bona Apetita!
Iza ze Smacznej Pyzy
Daria z Breakfast
Justyna z Gotowanie i Pieczenie - I love it
Gabriel z Męskiego Wypasu
Dorota z Moje Małe Czarowanie
Olimpia z Pomysłowego Pieczenia
Ewelina z Przy Kubku Kawy
Agata z Kulinarnych Przygód Gatity
Joanna z Różowej kuchni
Monika z Pin up Cooking Looking
Małgorzata ze Smaków Alzjacji
Edyta z Przy Kuchennym Stole
Anna z Everyday Flavours
Karolina z Kresowej Panienki
Pistachio z Pistachio
Marghe z Po Prostu Marghe / Semplicemente Marghe
i Lidia, która bloga nie prowadzi, ale zdjęcie zamieściła TUTAJ

Smacznego!


Bułki biorą udział również w akcji "Na zakwasie i na drożdżach"


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

środa, 5 marca 2014

Pieczona szynka pikantna


Ostatnio mamy zajawkę na domowe wędliny. Zatem pewnie co jakiś czas nowy przepis w tym temacie będzie się tutaj pojawiał. Bo tak pomyśleliśmy, że chcielibyśmy możliwie jak najbardziej odciąć się od zakupów gotowych produktów w sklepie. Co możemy sami zrobić to robić będziemy.
Teraz Madzia zrobiła pikantną szynkę. Wyszła rewelacyjnie! Nie trzeba żadnych podkręcaczy smaku stosować typu musztarda, czy chrzan. Jest ogień już w samej szynce. Jeśli pikantny jest waszym smakiem to nic lepszego od tej szynki nie znajdziecie, gwarantuję. Zatem podaję przepis:

1 kg szynki wieprzowej
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka pieprzu
1 łyżeczka papryki
1 łyżeczka granulowanego czosnku
1 łyżeczka pieprzu cayenne
1 łyżeczka przyprawy bałkańskiej (mieszanka czerwonej i zielonej papryki, gorczycy, pasternaku, kminku i soli)
3 łyżki sosu sojowego
4 łyżki oleju

Przyprawy dokładnie mieszamy z sosem i olejem. Mięso myjemy, wkładamy do głębokiej miski i dokładnie z każdej strony nacieramy marynatą. Zawijamy miskę folią spożywczą i chowamy do lodówki na 24 godziny. Mięso musi dokładnie przejść smakiem marynaty.
Po 24 godzinach pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 1,5 godziny. I gotowe :) Sos, który został po przygotowaniu tej szynki zlaliśmy do pojemniczka i mamy nadzieję niedługo go wykorzystać. Być może zrobimy jakiś sos do czegoś z niego lub użyjemy do przyprawienia zupy. Zobaczymy...

Smacznego!

Przepis Madzia podpatrzyła na www.mniammniam.com i poddała drobnym zmianom.

A tak wyglądała nasza szynka tuż przed pieczeniem:



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 3 marca 2014

Bagietki z sezamem



Był weekend, siedzieliśmy tak leniwie z Madzią w domu, jedliśmy, oglądaliśmy filmy... Lubię takie weekendy :) Mając więc sporo czasu zrobiłem bagietki. Mam taką specjalną formę na bagietki i zdecydowanie za rzadko z niej korzystam. Zostawiłem więc Madzię sam na sam z trzecią częścią Laleczki Chucky i poszedłem robić bagietki.
A przepis jest naprawdę prosty. Wyszły z niego 4 spore, pyszne, chrupiące bagietki i 4 małe bułeczki zawinięte w supeł (Madzia posypała je makiem). Jak nie chcemy robić tych bułeczek to można zamiast nich zrobić piątą bagietkę. Chociaż warto je zrobić, bo są genialne w smaku!

1 kg mąki pszennej
250 ml mleka
300 ml wody
2 łyżeczki cukru
2 łyżeczki suchych drożdży (lub 20 g świeżych)
2 łyżeczki soli
4 łyżki sezamu

Wszystkie składniki wsypujemy do miski i wyrabiamy na gładką masę około 20 minut. Ale bierzemy tylko 2 łyżki sezamu. Kolejne 2 zostawiamy na później na posypanie bułek. I jak wyrobimy to przykrywamy ściereczką i zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia na 1 godzinę. Po tym czasie uderzamy ciasto pięścią żeby je odgazować i wyrabiamy przez kilka sekund. Dzielimy na 5 części i z każdej z nich lepimy bagietki (lub tak jak ja 4 bagietki i 4 małe bułeczki). Jak mamy foremkę to układamy je na foremce, jak nie mamy to po prostu formujemy kształt bagietek i zostawiamy luzem. Zostawiamy w ciepłym miejscu pod przykryciem na 40 minut.
Następnie nacinamy ostrym nożem w poprzek z ukosa kilka razy, smarujemy z wierzchu wodą i posypujemy sezamem. Nagrzewamy piekarnik do 250 stopni i pieczemy 10 minut. Następnie zmniejszamy temperaturę do 190 stopni i pieczemy kolejne 10 minut. Gotowe :)

A tak wyglądały bułki zawiązane w supeł i posypane makiem. Absolutnie genialne w smaku!


A tak w piekarniku:

A tak na samym początku wyglądało wyrastające ciasto na bagietki, bułki i dwa chleby:



Smacznego!

Bagietki biorą udział również w akcji "Na zakwasie i na drożdżach"


 
---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

sobota, 1 marca 2014

Pomóż Uli!


Dzisiaj bez przepisu żadnego, bez żartów, bez zapowiedzi kolejnych wpisów, bez mniej lub bardziej nudnych historyjek. Dzisiaj na poważnie. Jak być może zauważyliście na górze, na pasku z prawej strony zamieściłem mały banerek. Przekierowuje on na stronę mojego kumpla z byłej pracy. Dobry z niego herbatnik więc postanowiłem pomóc jak mogę... Otóż jego niespełna roczna córeczka Ula ciężko choruje. Ma parę różnych bardzo przykrych dolegliwości, z których chyba najpoważniejsza jest kraniosynostoza czyli przedwczesne zrastanie szwów czaszki. Tak naprawdę być może inne schorzenia, na które cierpi Ula, są równie poważne, nie jestem lekarzem, więc nie będę się mądrzył w tym temacie.
Tomek, mój kumpel, prowadzi zapiski choroby Uli. Jeżeli macie ochotę to poczytajcie TUTAJ.
Po co właściwie piszę to wszystko? Otóż małej Uli można pomóc, potrzebne są niestety na to pieniądze. Teraz jest okres rozliczania pitów. Jeżeli nie macie pomysłu na co przekazać 1% swojego podatku przekażcie go, proszę, na leczenie Uli. Was to zupełnie nic nie kosztuje, a Uli może pomóc normalnie żyć. Dla niej to być albo nie być, a dla was gest dobrej woli.
Oczywiście, jeśli tylko macie ochotę, możecie niezależnie od pitów, niezależnie od 1% przekazać darowiznę na rzecz Uli. O wszystkim przeczytacie TUTAJ.
Jeżeli zdecydowalibyście się przekazać ten 1% podatku to wystarczy, że w odpowiedniej rubryce do tego przeznaczonej wpiszecie KRS 0000037904, a w rubryce "informacje uzupełniające" wpiszcie 22645 Szymczyk Urszula.

Na koniec raz jeszcze odsyłam do dokładnych informacji o tym jak pomóc na stronie kumpla: KLIK.

Z góry dziękuję wszystkim, którzy zechcą pomóc. Zarówno w swoim imieniu dziękuję, jak i kumpla i jego żony. I w imieniu Madzi, która razem ze mną ten blog prowadzi. I w imieniu małej Uli również ;)


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...