czwartek, 27 września 2012

Zupa z kapusty pekińskiej


Żenujący Żart Prowadzącego #3:

Przychodzi Chińczyk do sklepu w Polsce i mówi:
- Dżing dżeng dżong Coca Cola.
A ekspedientka na to:
- Dwie butelki czego?

Macie już dość, czy w kolejnym wpisie kontynuować serię? :) A tymczasem opowiem wam historię-inspirację tego wpisu.

A było to tak: jakiś czas temu byliśmy w piątkę (ja, Madzia, Lidka, Jingyao i Dan) na browarku na Pradze. Jingyao i Dan są Chinkami i chciałem im pokazać jaka piękna jest Praga. Finalnie wylądowaliśmy w "W Oparach Absurdu" popijając browarek. A browar jak to browar, napędza apetyt. Zatem moje Chinki wymyśliły, że pójdziemy do chińskiego restauranta się wzmocnić nieco. Bo dziewczyny raczej tylko chińską kuchnię preferują. Zresztą mają rację, sam chętnie bym się tylko na to przerzucił. Wsadziliśmy się zatem w transporter i ekspediowaliśmy na plac Narutowicza, prosto do Hong Kong House. Miły lokal, przestronny, taki naprawdę chiński. Zresztą dziewczyny wiedzą gdzie można jeść, a gdzie nie. My jako niezbyt zaawansowani spożywacze chińszczyzny zdaliśmy się na dziewczyny i kazaliśmy im zamawiać. Więc na stół wjechała tradycyjna chińska potrawa: 火锅. Jeśli nie jesteście zbyt biegli w czytaniu "krzaczków" to podpowiem. Czyta się to: huǒguō. Ewentualnie, jeśli nadal macie problemy to można to nazwać z angielska: hot pot. A dla ludzi posługujących się wyłącznie językiem nadwiślańskim może to być po prostu "ognisty kociołek". Potrawa była genialna! Na stół wjechał taki elektryczny piecyk a na nim wielki gar (prawdziwy tradycyjny hot pot jest z mosiądzu i ma palenisko, w którym pali się węglem drzewnym). Gar był podzielony na dwie części. Jak się po chwili dowiedziałem w jednej części był łagodny wywar, w drugiej pikantny (jak się kolejną chwilę później okazało: mega pikantny). Taki jakby rosołek się w tym garze gotował. A na drugi stół, obok nas zaczęły wjeżdżać talerzyki. Stół się po prostu pod nimi uginał, tyle tego było. Sam już nie pamiętam co dokładnie tam było, bo od ilości wrażeń straciłem kontrolę nad pamięcią. Wiem, że na pewno były bardzo cienko pokrojone plastry wołowiny, krewetki, dwie wersje tofu, ziemniaki pokrojone w plastry, mnóstwo różnych sosów (mniej lub bardziej pikantnych), makaron sojowy (bądź podobny) i właśnie kapusta pekińska. A owego hot pota je się następująco: każdy bierze sobie co tam chce z tego dodatkowego stolika i wrzuca do tego jednego wspólnego gotującego się gara. I gotuje sobie. Potem gmera pałeczkami, wyjmuje i zjada. I tak cały czas. Fantastyczna sprawa! I zaskoczyła mnie kapusta pekińska. Ugotowana w takim wywarze smakowała doskonale. To właśnie skłoniło mnie do zrobienia zupy z kapusty pekińskiej.
A dodam jeszcze, że ta potrawa jest absolutnie doskonała, wszyscy wyszliśmy potężnie najedzeni. Ale właśnie nie przejedzeni jak po ciężkim europejskim żarciu, tylko bardzo przyjemnie nasyceni.

A moją zupkę chciałem zrobić troszeczkę inaczej, bo na kościach. Nigdy dotąd nie robiłem zupy na kościach. Zawsze tylko na samych warzywach lub po prostu na kostce rosołowej. A teraz zapragnąłem inaczej i nabyłem tzw. kość karkową. Znaczy się jak mniemam wołową.

Zatem oto lista rzeczy przydatnych:

kość karkowa (około 0,5 kg)
kapusta pekińska
2 ziemniaki
1 cebula
2 marchewki
2 ząbki czosnku
papryczka chili (żeby zupa mocy nabrała)
pietruszka
por
seler
ziele angielski
liść laurowy
śmietana
natka pietruszki (do ozdoby)
ziarno sezamu

Najpierw gotujemy kości żeby wywar zrobić. Ja gotowałem przez około 45 minut, żeby cały smak wyszedł z kości. Niestety podczas gotowania tworzy się tzw. szum, czyli brunatno-biała piana. Musimy mozolnie i cierpliwie łyżką tę pianę zgarniać. Im dokładniej wygarniemy ten szum tym zupa będzie smaczniejsza. W sumie to jest najbardziej żmudna część tej zupy. Po wygotowaniu kości wyciągamy je i wrzucamy warzywa, czyli pokrojoną w talarki cebulę, pokrojone w plasterki ziemniaki, również w plasterki pokrojoną marchew, zgnieciony bokiem noża czosnek, papryczkę chili, pietruszkę, selera, pokrojonego w plastry pora, dwa liście laurowe, parę kulek ziela angielskiego i doprawiamy solą i pieprzem. Kapustę pekińską szatkujemy, ale na razie jej nie dodajemy. Niech te warzywa się pogotują trochę same. Po kilku minutach gotowania dodajemy kapustę pekińską i gotujemy jeszcze kilka minut.

Zaprawiamy śmietaną i nakładamy na talerze. I tutaj kolejna rzecz, którą wymyśliłem sobie i która spisała się genialnie: na talerzu posypujemy dwoma łyżkami sezamu. Nada on zupie bardzo delikatną słodycz. I przyozdabiamy nieco natką pietruszki.

Aha, zapomniałbym jeszcze dodać: moje kości były trochę pokryte mięsem, więc mięso to zeskrobałem i też do zupy wrzuciłem. A zupa wyszła naprawdę pyszna. Co prawda myślałem, że będzie bardziej mięsna, taka esencjonalna bardziej, ale spoko, taka jaka wyszła też była naprawdę smaczna.

Więc smacznego! :)




---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 24 września 2012

Naleśniki orkiszowe z sezamem z mleka koziego


Leży sobie Madzia na łóżku, gra na komórce w grę jakąś (w Super Monopoly konkretnie) i głos nagle z siebie wydała: "A Paweeeeeł, a mamy coś słodkiego?" Już mi się na usta cisnęło: "No jak mamy, jak mi już wszystkie moje batoniki opierdzieliłaś?" Ale jak powszechnie wiadomo z kobietą trzeba delikatnie więc powstrzymałem już  prawie werbalizującą się myśl i powiedziałem tylko, że niestety nie mamy. Madzia zadumała się i tonem, którego nie powstydziłby się naczelnik więzienia stanowego San Quentin rzekła: "No to naleśniki mi zrób! Takie pankejksy amerykańskie. Małe i grube."
Cóż było robić, jak naleśniki to naleśniki. Lepiej posiedzieć pół godziny w kuchni niż znosić trzy dni Madziowego focha. Ale nie chciałem robić takich zwykłych naleśników robić bo to nudne nieco, więc pomyślałem, że z mąki orkiszowej je zrobię. I do tego z sezamem, żeby fajnie w zębach zgrzytało. A że akurat jeszcze miałem kozie mleko to też postanowiłem je wykorzystać.
A mąkę orkiszową mam ze sklepu e-maka.pl. Ta mąka idealnie nadaje się do delikatnych wypieków (jak np. bułki). Już kilka razy ją sprawdzałem, jest świetna.

270 ml mleka koziego
3 łyżki sezamu
3 łyżki miodu
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 jajka
2 szczypty soli

Wszystkie składniki miksujemy mikserem na jednolitą masę. I smażymy na takiej małej patelni - żeby naleśniki były małe i grube. Czyli takie klasyczne pancakes. Nie nalewajmy do smażenie zbyt dużo oleju. Najlepiej jest przed każdym naleśnikiem po prostu pędzelkiem nasmarować patelnię olejem. Ja akurat mam bardzo wygodny olej w spreju. Kilka psiknięć na patelnię i smaży się rewelacyjnie.

My jedliśmy je polewając syropem klonowym, ale można równie dobrze z czymkolwiek innym podać. Z dżemem, nutellą, a nawet same, bez niczego.

A naleśniki wyszły tak dobre, że Madzia zarządziła, że następnego dnia mam wstać wcześniej i zrobić jej kilka takich na śniadanie przed pracą. Cóż było robić... Wstałem przed świtem i zrobiłem... :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 20 września 2012

Chleb kukurydziany z automatu



Żenujący Żart Prowadzącego #2:
Ten sam co w ostatnim poście, ale z innym zakończeniem...


Gość luksusowego hotelu składa u kelnera zamówienie:
- Poproszę dwa gotowane jajka. Jedno tak miękkie, że zarówno żółtko i białko ma być w stanie płynnym, a drugie takie twarde, żebym miał kłopoty z jego pogryzieniem. Proszę również dwa plasterki boczku, zimne, ale z jednej strony zwęglone oraz spalonego, kruszącego się w dłoniach tosta. Masełko niech będzie tak zmrożone, żebym za nic w świecie nie mógł go rozsmarować. Proszę także o bardzo słabiutką kawę, o temperaturze pokojowej.
- To bardzo skomplikowane zamówienie proszę pana. Ale proszę mi powiedzieć, dlaczego akurat takie jedzenie Pan chce?
- A wie Pan... Żona wyjechała, nie ma mi kto śniadania zrobić, a chciałbym się poczuć jak w domu.


A teraz coś, czego nie było od bardzo dawna. Chleb prosto z automatu. Od wieków już nie używałem mojej maszyny, ale ostatnio naszła mnie myśl pewna. Założyłem tego bloga właśnie z myślą o chlebach z maszyny. Dopiero potem, znacznie później, zacząłem sam wszystko robić, a maszynę wysłałem na emeryturę. I blog ewoluował. Ale na moment wróciłem do korzeni i zrobiłem chleb kukurydziany. Fajny wyszedł, taki lekko żółty. Mięciutki w środku. Jedyny jego mankament (w sumie nawet nie wiem, czy można to rozpatrywać w kategoriach mankamentu) to taki, że skórka była również miękka, nie taka chrupiąca jak lubię. Ale czy to minus jakiś duży? Przecież nie była zła, tylko po prostu inna. Więc wszystko w porządku i jak ktoś ma maszynę to polecam zrobienie tego chleba. Tym bardziej, że z maszyną to jest tak, że tam naprawdę nic robić nie trzeba. Bo jak te chleby z piekarnika robię to czasami naprawdę mi się nie chce... Chyba częściej będę do maszyny zaglądał :)
A chleb jest tak lekko na słodko, z rodzynkami i syropem klonowym. Ale bez przesady, nie jest to słodki chleb tylko odrobinę na słodko, idealnie pasuje do wędlin i serów. A syrop klonowy nadaje mu taki bardzo delikatnie wyczuwalny specyficzny posmak. Naprawdę warto spróbować.

500 g mąki pszennej
100 g mąki kukurydzianej
400 g maślanki
5 g suszonych drożdży
1 łyżeczka syropu klonowego
1 łyżeczka brązowego cukru trzcinowego
2 łyżeczki soli
40 g rodzynek

No i jak to w maszynie: wszystko oprócz rodzynek (czy może rodzynków, nie wiem, zawsze miałem problemy z odmianą tego wyrazu) wrzucamy do maszyny i odpalamy jakiś podstawowy program, trwający nieco ponad 3 godziny. Przedtem jeszcze ustawiamy jakąś stosowną wagę (w okolicach 1 kg) i stopień przyrumienienia skórki. Maszyna sobie pochodzi, powarczy, a po jakimś czasie wyda sygnał, że potrzebuje rodzynek. No to karmimy maszynę rodzynkami i wracamy przed telewizor.
Po całej operacji wyjmujemy chlebek i studzimy na kratce.
Smacznego! :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

wtorek, 18 września 2012

Paczka Pełna Niespodzianek od AleDobre.pl




Czad! Mega wypas! Dostałem właśnie przesyłkę z AleDobre.pl. Nie widziałem co jest w środku, taka przesyłka-niespodziewanka. Niecierpliwie przybiegłem z poczty targając pięciokilogramowy dość duży karton, chwyciłem nóż i bez ceregieli zacząłem się krwawo rozprawiać z kartonem. Stawiał opór, ale dałem radę. Rozprułem karton, a tam... drugi karton. No kurcze, żartownisie się znaleźli! :) No nic, dalej chwyciłem za nóż, jedno-dwa cięcia i już prezenty były moje. No właściwie to jeszcze nie. Bo zacząłem wyciągać jakieś przedmioty, a każdy z nich grubo owinięty folią bąbelkową, hehe. Eeehh, oni to chyba specjalnie zrobili. Siedzę tam teraz w tym swoim AleDobre.pl i zacierają ręce ze śmiechu. I myślą sobie: ale go załatwiliśmy, nigdy się do podarków nie dobierze! Ale, ale... Dobrałem się i to dość szybko. I po prostu uwierzyć nie mogłem! Dostałem 9 fantastycznych produktów spożywczych! Łaaaał, no to będzie testowanie. I opisywanie na blogu, hie hie. Więc tak, oto co dostałem:

Bardzo dobra rzecz. To znaczy tych jeszcze nie próbowałem, ale kiedyś robiłem samemu (przepis tutaj). Tak sobie pomyślałem, że wykręcę jakiś fajny pasujący sosik i pod ten sos je z Madzią zjemy. Czekajcie zatem cierpliwie. Jak wpadnę na pomysł dobrego sosu to napiszę tutaj na blogu jak smakowało.

WTF?! Że co? Że sól, ale czarna? Sorry, ale ja nie wiem, co to jest... Jak ktoś zna patent na wykorzystanie tego szatańskiego specyfiku to proszę o radę :) Nie chciałbym wyjść na jakiegoś nieobeznanego ze światem, ale naprawdę nigdy o czymś takim nie słyszałem. To się jak zwykłą sól używa?

Genialna! Jeden z najlepszych dżemików jakie jadłem. Z jednej strony okrutnie słodka (wolę mniej słodkie), ale z drugiej strony ta słodycz jest przełamana goryczką kawałków skórek mandarynki. Świetne połączenie. Mam już pomysł na wykorzystanie tej marmolady. Mianowicie ciasteczka z ciasta francuskiego. Czekajcie, a doczekacie się przepisu :)

Akurat genialnie się złożyło, bo mój sos sojowy kilka dni temu się skończył. Tej marki jeszcze nie próbowałem, nie znam jej, ale podejrzewam, że może być naprawdę dobrze. Ta marka ma prawie 370 lat! Więc chyba to o czymś świadczy, tak myślę... Ostatnio często miewam zajawki na azjatycka paszę więc jak użyję to podzielę się z wami wrażeniami.

Oooohh... Kocham oliwki, zwłaszcza właśnie zielone! Mógłbym wsadzić głowę do wiadra z oliwkami i tak trzymać i trzymać. Ale takich, nadziewanych skórką z pomarańczy i cytryny, jeszcze nie jadłem. Mało tego, w życiu ani takich nie widziałem, ani o takich nie słyszałem. Eehh, jak ja mało o świecie wiem... Potrzymam je na specjalną okazję, jak wymyślę jakieś danie godne tych oliwek to się z wami podzielę wrażeniami.

No co tu dużo mówić. To klasa sama w sobie. Nie wiem dlaczego to co stoi u nas w marketach na półkach nosi nazwę "musztarda", bo z tą musztardą to naprawdę nie ma nic wspólnego. To mniej więcej tak jak czekolada i wyrób czekoladopodobny (to porównanie dla tych po trzydziestce, którzy pamiętają zamierzchły socjalizm). Tu naprawdę nie ma co pisać, to trzeba spróbować. Ja od razu tak się napaliłem na tę musztardę, że na kolację zrobiłem zapiekane ziemniaki w sosie mleczno-musztardowym z czosnkiem - przepis wkrótce :) A dodam jeszcze, że przepis podpatrzyłem na mniammniam.com.

Przyznam się od razu, że nie jestem zbyt dobry w sojowych "imitacjach". Zdrowe odżywianie się jest mi kompletnie obce. Nie wiem, co to jest śmietana sojowa, nie wiem do czego ją wykorzystać. Tak jak normalną śmietanę? Ktoś ma jakiś pomysł?

Jak wyżej. Nie wiem co to, nie wiem do czego to, ale postaram się jakiś deser z tego zmontować. Czekajcie na przepis :) Chyba, że macie jakiś pomysł...

A to mi się akurat bardzo podoba. Takie gotowe danie w puszce. Mam już wstępny plan na to. Jakiegoś takiego meksykańskiego naleśnika wykręcę. Taco, burito, czy jak to tam się nazywa... Jak zwykle czekajcie na przepis :)

Noooo, to już wszystko, sporo tego. Z głodu nie umrę :) Teraz tylko siedzieć i myśleć co z tego wszystkiego zrobić.
Zatem raz jeszcze dziękuję AleDobre.pl :)


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 17 września 2012

Chleb orkiszowo-pszenno-żytni na zakwasie


Dalszy ciąg katowania mąki orkiszowej i żytniej. Ale tym razem dosypałem jeszcze pszenną. A co, mam to używam :) A mam, bo mi ziom z e-maka.pl kopsnął parę sztuk na wypróbowanie. I wiecie co? I odkąd dostałem tę przesyłkę to znacznie częściej piekę, bo te mąki mają tam naprawdę dobre, aż mi się chce coś z nich robić. Naprawdę. Chociaż ze wszystkich, które dostałem największe wrażenie na mnie zrobiła orkiszowa typ 550. Jak z nich bułki w lipcu wykręciłem (tutaj) to do dzisiaj jeszcze ten smak czuję.
A przepis na ten chleb znalazłem w moim zeszycie, w którym spisuję wszelkie ciekawe pomysły, które mnie nawiedzają. I zapisałem tam, przy tym przepisie, że znalazłem go na blogu Liski. A skoro tak zapisałem, to pewnie tak było. Zmieniłem tylko czas wyrastania chleba. Zasadniczo nie preferuję chlebów jednocześnie na zakwasie i na drożdżach. Jakoś nie trafia to do mnie. Albo jedno, albo drugie. Ale, że Liska cieszy się w blogowym świecie nie małym szacunkiem to przepis spróbowałem. I dobrze zrobiłem, chleb wyszedł doskonały. Mięsisty i z chrupiącą skórką.

Na 2 bochenki:

Zaczyn:
100 g zakwasu
100 ml wody

Mieszamy składniki łyżką aż się połączą i odstawiamy pod przykryciem na 12 godzin. Zakwas oczywiście musi być aktywny, czyli dokarmiony 8-12 godzin wcześniej.

Ciasto właściwe:
cały zaczyn
400 g mąki pszennej
230 ml wody
10 g świeżych drożdży
1 łyżeczka miodu
1,5 łyżeczki soli

Wszystko razem do kupy i wyrabiamy ciasto przez jakieś 15 minut. Przykrywamy ściereczką i zostawiamy na 1,5 godziny. Po tym czasie znowu krótko wyrabiamy i przekładamy do dwóch keksówek. Ponownie przykrywamy i znowu zostawiamy na 1,5 godziny. Chleby powinny ładnie wyrosnąć. I pieczemy 10 minut w temperaturze 230 stopni. Potem zmniejszamy temperaturę do 210 stopni i pieczemy jeszcze 20 minut. Wyjmujemy ostrożnie i studzimy na kratce.
Smacznego!



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 13 września 2012

Bułki kukurydziane



Zgodnie z obietnicą złożoną w poprzednim poście zaczynam Żenującą Serię, czyli Żenujący Żart Prowadzącego #1:

Gość luksusowego hotelu składa u kelnera zamówienie:
- Poproszę dwa gotowane jajka. Jedno tak miękkie, że zarówno żółtko i białko ma być w stanie płynnym, a drugie takie twarde, żebym miał kłopoty z jego pogryzieniem. Proszę również dwa plasterki boczku, zimne, ale z jednej strony zwęglone oraz spalonego, kruszącego się w dłoniach tosta. Masełko niech będzie tak zmrożone, żebym za nic w świecie nie mógł go rozsmarować. Proszę także o bardzo słabiutką kawę, o temperaturze pokojowej.
- To bardzo skomplikowane zamówienie proszę pana, nie wiem, czy nasi kucharze potrafią… – odpowiada kelner.
- Wczoraj potrafili!

Ha-ha-ha :)

Jak pewnie zauważyliście ostatnio coraz częściej bułki piekę. Taki jakiś bułkowy etap mam, pewnie mi przejdzie kiedyś. Ale póki nie przeszło, póki trwa to korzystam. Wśród moich gigantycznych zapasów mąk odkryłem ostatnio zapomnianą zupełnie przeze mnie mąkę kukurydzianą. Fajnie, dawno nie używałem (na tyle dawno, że zupełnie o niej zapomniałem). Zatem bułeczki kukurydziane. Znaczy się z dodatkiem mąki kukurydzianej. Sama mąka, bez dodatku np. pszennej nie bardzo się nadaje, bo nie zawiera glutenu. Zatem nie bardzo się nadaje, bo nie wyrośnie po prostu. Ale jeśli by ją spulchnić proszkiem do pieczenia to wtedy można robić chleby dla osób na diecie bezglutenowej. Ale ja nie zamierzam używać proszku, zostanę przy drożdżach. Zatem konieczny był dodatek mąki pszennej. Właściwie to dodatkiem była mąka kukurydziana, bo znacznie mniej jej dałem niż pszennej.
Boooosz, chyba zaczynam się zapętlać w tym co piszę, eeehhh... Dobra, przepraszam, że przynudzam, jeszcze tylko zdanie, czy dwa i dojdziemy do właściwego przepisu. Bo chciałem jeszcze tylko powiedzieć, że te bułki nie są takie puszyste jak z samej maki pszennej. Są nieco bardziej zbite. Nie jakoś tak strasznie, tylko po prostu nie są takie dmuchane i puchate. Są mięciutkie w środku, ale nieco zbite. Ale dzięki temu są niesamowicie syte. Zwykle biorę do pracy 4 kanapki. Zjadam je i w sumie mógłbym zjeść jeszcze trochę. Więc i tych bułek zabrałem 4, bo nie wiedziałem jeszcze, że są tak syte. Zjadłem dwie i naprawdę miałem już dość na kilka następnych godzin. Są super pożywne.

300 ml mleka
150 g mąki kukurydzianej
400 g maki pszennej
20 g świeżych drożdży
1,5 łyżeczki soli
2 łyżeczki syropu klonowego
50 g masła

Masło kroimy na małe kosteczki i razem ze wszystkimi innymi składnikami wrzucamy do miski. Albo możemy wyrabiać na kuchennym blacie, to już jak lubimy. No i właśnie wyrabiamy ciasto. Przez 15 minut. Ma być elastyczne i nie przywierać do dłoni. I zostawiamy pod przykryciem na 1 godzinę. Po tym czasie znów wyrabiamy ciasto, przez jakieś 30 sekund, żeby je odpowietrzyć. I dzielimy na 9 części. Z każdej z nich formujemy bułkę i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. I znów przykrywamy i zostawiamy do wyrośnięcia na 1 godzinę. Następnie nacinamy ostrym nożem niezbyt głęboko na środku bułek krzyż i smarujemy je mlekiem. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 190 stopni i pieczemy przez 20 minut.
Smacznego! :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 10 września 2012

Chleb orkiszowo-żytni na zakwasie


Więc tak... Na początek walnę kiepskim rymem: bardzo smaczny, całkiem zdrowy, jeszcze ciepły żytnio-orkiszowy :) No dobra, jak już zostałem mistrzem kiepskiego dowcipu bijąc na głowę Karola Strasburgera to mogę przejść do konkretów.
A właśnie, zanim przejdę do konkretów to może by tak na stałe wprowadzić tutaj w każdym poście Żenujący Żart Prowadzącego? Ciekawe kiedy zaczniecie się ze mnie śmiać bardziej niż z nieśmiertelnego Karola S. W końcu jak mówi stara (i sprawdzona) maksyma marketingowa (a szeroko pojętą reklamą wszak zajmuję się zawodowo od wielu lat): nie ważne jak o tobie mówią, ważne żeby mówili. Nooo, pomyślę o tym :)
Ale konkrety misiu, konkrety.

Mam jeszcze trochę mąki, którą dostałem w podarku, jako gifta, od miłych panów z e-maka.pl. Zresztą jak regularnie czytacie moje wpisy to wiecie o tym doskonale. A jak nie czytacie regularnie to właśnie się o tym dowiadujecie (i w takim wypadku odsyłam jeszcze do zapoznania się z moją recenzją tego sklepu: tutaj). Zatem postanowiłem zrobić konkretnego miksa. Użyłem dwóch mąk orkiszowych i dwóch żytnich. Chleb wyszedł bardzo smaczny. Ma charakterystyczny wygląd i strukturę żytniaków, a smak żytniego chleba był delikatnie przełamany łagodnym smakiem chlebów orkiszowych. Zdecydowanie bym wrócił jeszcze kiedyś do tego chleba, gdyby nie fakt, że nie lubię dwa razy robić takich samych chlebów. A z podanych poniżej składników wyszły mi dwa bochenki: jeden taki normalny, wielkości tradycyjnej keksówki (jak na zdjęciach) i drugi taki mniejszy, w mniejszej foremce.

Zaczyn:
150 g zakwasu żytniego
150 ml wody

Zakwas oczywiście musi być aktywny, czyli dokarmiony 12 godzin wcześniej. Mieszamy składniki (np. łyżką) żeby się połączyły i odstawiamy pod przykryciem na 12 godzin.

Ciasto właściwe:
cały zaczyn
300 ml wody
2 łyżeczki soli
2 łyżeczki cukru

Wyrabiamy ciasto przez około 15 minut, aż będzie w miarę elastyczne. I odstawiamy pod przykryciem na 4 godziny. Powinno ładnie wyrosnąć. Przekładamy do foremek i znów przykrywamy na 4 godziny. Teraz jeszcze ładniej wyrośnie. I już tylko proces pieczenia: wsadzamy do piekarnika nagrzanego do 220 stopni na 20 minut, potem zmniejszamy temperaturę do 190 stopni i pieczemy jeszcze 25 minut. Wyjmujemy i studzimy na kratce.
A ja idę, jak tylko skończę to pisać, na jajecznicę wspomaganą tym właśnie chlebkiem :)

Smacznego!



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 6 września 2012

Kotlety ziemniaczane


Kilka miesięcy temu na mojego blogowego maila napisał Maciej. Podesłał mi przepis na kotlety ziemniaczane. Czas jakiś minął i wreszcie te kotlety zrobiłem. I okazały się naprawdę smaczne. Takie proste domowe danie, jak chcemy szybko coś zrobić, a niewiele akurat przypadkiem w domu rzeczy mamy.
Maciej pisze, że jego mama pochodzi w Wilna i stamtąd właśnie ten przepis przywiozła. Ja ten przepis nieco dostosowałem do swoich potrzeb i wymagań.

A rzecz jest naprawdę prosta:
ok. 600 g ziemniaków
ok. 350 g maki
1 duże jajko
olej do smażenia
sól (do posolenia wody, w której będziemy gotować ziemniaki)
pieprz
dużo natki pietruszki (w oryginalnym przepisie Macieja tego nie było)

Ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie, odlewamy i porządnie odparowujemy. Tak żeby możliwie najmniej wody w nich było. Rozgniatamy/mielimy na papkę i zostawiamy do ostygnięcia. Dodajemy jajko, trochę pieprzu do smaku, drobno posiekaną natkę pietruszki i zagniatamy na jednolitą masę. Masa powinna być na tyle ścisła żeby dało się z niej formować kotlety. Jak jest za luźna to dosypujemy nieco mąki. I formujemy kotleciki. Takie na jakieś 1-1,5 cm grubości. Ostrym nożem na każdym kotlecie z obu stron nacinamy kratkę i smażymy na oleju aż będą rumiane.
Dobrze jest podawać je z jakimś sosem. Ja z Madzią mieliśmy jakiś zamrożony sos grzybowy z jakiegoś obiadu. Nadał się idealnie. Do tego tak na szybko Madzia zrobiła jakąś suróweczkę. Pychota!

Na samym początku Magda w ogóle nie chciała jeść tych kotletów. Tak w myśl zasady: nie znam więc nie lubię. Ale jak spróbowała to potem zjadła więcej ode mnie :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 3 września 2012

Chleb orkiszowy ze szczypiorkiem


Podobno chleby z mąki orkiszowej są jakoś tak bardzo zdrowe. A co powiecie na chleb z trzech różnych mąk orkiszowych? Czyli potrójnie zdrowy! Do tego jeszcze maślanka (zamiast wody) i cały pęczek szczypiorku do środka. Taki naprawdę wiosenny chleb.
Parę dni temu ten chleb robiłem i wyszedł naprawdę niezły. Dwa bochenki właściwie wyszły. Jeden już dzisiaj właśnie skończyłem (jadłem go 3 dni i cały czas był świeżutki) i przed chwilą wyjąłem drugi z zamrażalnika żeby na jutro był świeży i pyszny :)
Nie będę jakoś specjalnie was męczył dzisiaj i od razu do przepisu przejdę, bo jednym uchem staram się skupić na lecących właśnie wiadomościach (czy tam konkretnie "Faktach").
Wypadałoby jeszcze wspomnieć, że dzisiejszy przepis sponsoruje literka "e" i cyferka "3", czyli sklep e-maka.pl i ich trzy mąki orkiszowe, które mi kopsnęli.

Na 2 bochenki:
475 ml maślanki
2 łyżki oliwy
2 łyżeczki soli
2 łyżeczki cukru
8 g suszonych drożdży
pęczek szczypiorku

Bez jakiś tam zbędnych ceregieli drobno siekamy szczypiorek i wszystkie składniki łączymy ze sobą. W misce, na stolnicy, na blacie, co tam lubimy. Technika dowolna. I wyrabiamy ciasto przez 15 minut. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na 1 godzinę. Po tym czasie przez kilkanaście sekund znów wyrabiamy i przekładamy do foremki (właściwie to nawet dwóch foremek) wyłożonej papierem do pieczenia. Albo jeśli mamy silikonową tak jak ja to niczym jej nie wykładamy :) No i znowu przykrywamy ściereczką i zostawiamy na 1 godzinę do wyrośnięcia. I pieczemy 40 minut w 200 stopniach. Wyjmujemy i studzimy na kratce.

Może się zdarzyć, że przy drugim rośnięciu chleb tak nie bardzo wyrośnie. Tak było u mnie. Ale nie przejmujcie się tym. Ja taki trochę zestresowany wsadziłem go do piekarnika i dopiero w piekarniku zaczął rosnąć jak dziki (swoją drogą ciekawe jak rosną dziki :)) Myślałem, że mi uciekanie z piekarnika, poważnie! :)

Smacznego! :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...