środa, 13 marca 2013

Bagietka pszenna




A taka sobie zwykła tradycyjna bagietka. A nawet cztery zwykłe tradycyjne bagietki :) Bo właśnie Madzia kupiła mi formę na bagietki i postanowiłem ją wypróbować. Jak widać próba udana doskonale, bagietki wyszły naprawdę smaczne. Mam teraz taki pomysł, żeby najróżniejsze bagietki tworzyć, póki mi się nie znudzi. Może kolejne będę cebulowe, czy jakoś takoś...
Ale dobra, noc ciemna jest już teraz jak to piszę, więc nie będę przedłużał i przechodzę do konkretów.
Zatem przepis na 4 bagietki:

750 g mąki pszennej typ 480
400 ml gorącej wody
10 g drożdży instant (lub ok. 30 g świeżych)
2 łyżeczki cukru
2 łyżeczki soli

Na początek w misce zalewamy mąką gorącą, ale nie wrzącą, wodą. Mieszamy łyżką, a następnie dodajemy drożdże, sól i cukier. Wyrabiamy ciasto przez jakieś 15 minut, smarujemy wyrobioną kulkę ciasta olejem i zostawiamy pod przykryciem do wyrośnięcia na 2 godziny. Po tym czasie znowu przez moment (ze 30 sekund) wyrabiamy ciasto i dzielimy je na 4 części. Każdą część wałkujemy na długi prostokąt i składamy zakładając dłuższe boki ku środkowi. Mam nadzieję, że rozumiecie co mam na myśli... :) A jak nie rozumiecie to po prostu uformujcie z tego 4 bagietki techniką dowolną :)
Następnie odkładamy bagietki na foremkę i zostawiamy do wyrośnięcia pod przykryciem na 45 minut. Po wyrośnięciu można bagietki naciąć skośnie w kilku miejscach, będą ładniej wyglądały. Ja akurat swoich nie naciąłem, zapomniałem. Smarujemy olejem po wierzchu i pieczemy 30 minut w 220 stopniach.




---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

środa, 6 marca 2013

Bułki nadziewane dżemem mandarynkowym



Siedzę sobie w domu i leniuchuję, dzień wolnego sobie zrobiłem :) Ale ile można leniuchować, powoli to się nudne zaczyna robić... Zabrałem się więc za to co lubię najbardziej (nooo, może nie najbardziej, ale dosyć lubię), czyli za przygotowanie jakiegoś żarełka. Tym bardziej, że Madzia za godzinę z pracy wróci i pewnie jeść będzie chciała. Więc w piekarniku już dochodzą kurczakowe udka w sosie musztardowo miodowym, a do tego zaraz zacznę robić ziemniaki. Wymyśliłem sobie takie grubo krojone, ze cztery razy grubsze niż tradycyjne frytki. Trzeba je nieco obgotować, odrobinę tylko, tak maksymalnie z 5 minut. Potem odlać i poczekać aż wystygną. Następnie obtoczę je w granulowanym czosnku, słodkiej papryce i chili i usmażę na patelni. Powinno wyjść dobrze. Ale będzie też deser! Właśnie jestem w trakcie robienia słodkich bułek z nadzieniem z marmolady mandarynkowej!
A za mąkę na bułki dziękuję sklepowi e-maka.pl. Natomiast marmoladę mandarynkową mam dzięki uprzejmości AleDobre.pl.

520 g mąki orkiszowej typ 550
6 g suszonych drożdzy
2 jajka
200 ml mleka
3 łyżki cukru
50 g masła
1 łyżeczka soli
marmolada mandarynkowa do nadzienia

I bez zbędnych podchodów i zastanawiania się wszystkie składniki (oprócz marmolady oczywiście) lądują w dużej misce. I przez 20 minut wyrabiamy ciasto. Ma być idealnie sprężyste, w ogóle nie przylegające do dłoni. Potem przykrywamy miskę ściereczką i zostawiamy ciasto do wyrośnięcia na 1 godzinę. Po tym czasie dzielimy je na 12 części, lepimy kulki i spłaszczamy je na płaski placek. Na środek kładziemy łyżeczkę marmolady i zawijamy ciasto. Musimy dokładnie zlepić żeby marmolada nam nie wypłynęła. Kładziemy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia sklejeniem ku dołowi i ponownie przykrywamy i zostawiamy na 1 godzinę do wyrośnięcia.
Smarujemy po wierzchu mlekiem i pieczemy około 20 minut (do zrumienienia) w temperaturze 180 stopni.

Prawdę mówiąc mi na 2 bułki zabrakło już dżemiku i zrobiłem je bez żadnego nadzienia. Smakowały tak samo doskonale :) Coś na wzór chałki z tego wyszło, tylko w kształcie bułek.

Smacznego! :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

środa, 30 stycznia 2013

Ooochh, aaachhh... Rossi.pl!


Zachwyciłem się, serio. Tak siedziałem sobie przed monitorem i wydawałem dziwne dźwięki w stylu: oooch, aaaaach...
Nie raz wspominałem, że jestem gadżeciarzem. I pewnie jeszcze nie raz wspomnę :) No co ja mam poradzić, że lubię ładne rzeczy? No lubię i już, i wcale nawet nie jest mi źle z tego powodu :) A tam, wręcz przeciwnie! Jest mi z tym tak dobrze, że aż dzielę się z wami moją radością.
 Bo właśnie świeżo po sesji jestem i po trudach nauki postanowiłem poprawić sobie humor grzebaniem w necie w poszukiwaniu ładnych rzeczy. I natknąłem się na sklep rossi.pl. Ich slogan reklamowy to "magia wnętrza" i faktycznie tak jest. Po prostu odpadłem kompletnie! Jakie oni tam rzeczy mają! Stąd właśnie te wspomniane na początku ochy i achy. Mają tam całe mnóstwo działów, jak np.: jadalnia, salon, przedpokój, łazienka, a nawet oświetlenie, itp. Ale prawdę mówiąc nie wiem jak tam jest. Jak was to ciekawi to sami sprawdźcie :) Ja utknąłem w zakładce "kuchnia" i tutaj już zostałem. Zresztą tak naprawdę tylko to mnie interesuje, w końcu prowadzę bloga kulinarnego, nie meblowego. A to co w tej "kuchni" się dzieje to po prostu nie do ogarnięcia jest! Tyle fajnych rzeczy w jednym miejscu to ja naprawdę chyba jeszcze nie widziałem. Postaram się w skrócie wam opisać to wszystko, może nawet jakieś zdjęcie wkleję tu i tam :)
Generalnie sklep ten skupia w jednym miejscu mnóstwo najlepszych marek i projektantów. Jeśli tak samo jak ja uwielbiacie gadżety to bez wątpienia marki te, czy projektanci, nie są wam obcy. Chociaż przyznam, że ja nie wszystkie marki znałem :) Ale po kolei... Czyli co mnie najbardziej zachwyciło?


Marka Fissler. Znam doskonale! Podejrzewam, że każdy kto chociaż trochę lubi gotować zna tę markę. Fissler jest od wielu lat wyznacznikiem produkcji najwyższej jakości naczyń i akcesoriów kuchennych. Produkty wyróżnia jakość wykonania oraz niebanalny wygląd poszczególnych systemów naczyń. Ja osobiście jestem wielkim zwolennikiem ich noży z serii Profession. Może i nie są bardzo tanie, ale są warte każdej wydanej na nie złotówki. Raz zakupione posłużą jeszcze waszym wnukom, bez wątpienia. Kiedyś uzbieram sobie całą serię. Nie to żebym potrzebował aż tyle. Ale wiecie, jestem gadżeciarzem :)

Silit. Również doskonale mi znana firma, przede wszystkim garami się zajmuje. Znaczy się nie jakimiś tam zwykłymi garami, ale takimi naprawdę na wypasie, z górnej półki. Powłoki ceramiczne, antybakteryjne i jakieś inne cuda techniki pozwalają przyrządzać naprawdę zdrowe posiłki przy użyciu minimalnej ilości tłuszczu.
Ja akurat w najbliższym czasie przymierzę się do zakupu takiej fajnej magnetycznej podstawki pod naczynia (np. gorące garnki). Mam niby jakąś taką podstawkę w domu, ale ta z Silit jest naprawdę cudowna wizualnie, taki majstersztyk gadżeciarstwa :) W dodatku jest składana i nie zajmuje za wiele miejsca.



Mamy też jedną z moich ulubionych firm Joseph Joseph. Oooch, pałam do niej miłością wielką! To firma zajmująca się przed wszystkim dodatkami, akcesoriami znaczy się. Mają chyba naprawdę wszystko co do kuchni potrzebne. Każdy drobiazg. I to jak wykonany! Elegancja w połączeniu z nowoczesnością. Tak naprawdę do każdej kuchni da się coś wybrać. Jeżeli potrzebujesz jakieś funkcjonalne akcesoria to zdecydowanie Joseph Joseph.
Ja z nostalgią patrzę na podkładkę pod naczynia w kształcie kasety magnetofonowej. A teraz ręka do góry kto pamięta jeszcze co to takiego kaseta magnetofonowa? :)

A tuż obok druga moja ukochana marka: hiszpańskie Lekue. Właściwie specjalizują się w podobnej dziedzinie co Joseph Jospeh, czyli akcesoria kuchenne. Specjalizują się głównie w silikonie. Z tego materiały potrafią zrobić wszystko. Pomyśl sobie, co właściwie potrzebujesz do kuchni? Tak, Leuke to ma :) I to, o czym teraz myślisz również :) Leuke mogę określić czterema słowami: oryginalność, funkcjonalność, jakość i awangarda. Bez tej firmy moje życie nie było by pełne, serio.
W najbliższym czasie mam nadzieję zapolować na jakże proste i aż w swojej prostocie genialne naczynko: forma do ciasta w porcjach. Nie musisz nic kroić od razu robisz ciasto pokrojone na kawałki.

Następnie w oko mi wpadła firma Guzzini. Przyznam szczerze, ze wcześniej o niej nie słyszałem. Więc tym bardziej z ciekawością postanowiłem się z nią zapoznać. I szczerze powiem, że sam nie wiem co mam sądzić o tym. Z jednej strony naprawdę widać fachowe wykonanie, ale z drugiej... Chodzi mi mianowicie o to, że projektanci próbowali połączyć dwa style: nowoczesność i tradycję. I o dziwo udało im się, te wszystkie rzeczy jednocześnie są nowocześnie dizajnerskie, a z drugiej strony czuć w nich jakieś takie lata 60. I problem w tym, że ja po prostu nie bardzo to lubię :) Ja wolę samą nowoczesność, bez mieszania w to przeszłości. Chociaż nie do końca. Bo patelnie to mają naprawdę cudne, koniecznie kliknijcie i się sami przekonajcie. Naprawdę tak wystylizowanych patelni dawno nie widziałem. A w retro tosterze się zakochałem i go chcę! :)

Druga marka, której nie znałem wcześniej to Brabantia. I powiem szczerze, że tutaj zaskoczenie małe miałem. Oczywiście na szczęście pozytywne. Bo firma Brabantia również celuje w kuchnie, ale w zupełnie inny sposób. Głównym jej produktem są kosze na śmiecie. W życiu nie przypuszczałem, że kosze mogą być tak wybajerzone! Zawsze myślałem, że kosz to po prostu kosz, jakieś tam wiadro z przykrywką i tyle. Ale nieeee! Brabantia otworzyła mi oczy. Ich kosze to takie małe kuchenne dzieła sztuki. Serio. Nie przepuszczające zapachów, z ultra cichym zamykaniem, itp :) Czaaaad!
Poza tym, Brabantia to jeszcze ogromny wybór wszelakich słoików/pojemników! Zrobionych z takim stylem i gustem, że kompletnie odpadłem. Ja akurat korzystam w kuchni ze sporej ilości pojemników. Na kawę, na mąkę, na makarony, na ryż, itp. I chyba już pora wymienić moje pojemniki na nowe. I chyba już wiem na jakie :)
Ale Brabantia to nie tylko pojemniki i kosze na śmiecie. Zresztą zobaczcie sami.

Villeroy & Boch. Znam, znam doskonale (czy też jakby to powiedział Jarek, kumpel mój dawny którego chyba z 10 lat już nie widziałem: znam, znam, znałem ojca...)
Niemiecka marka, na rynku już ponad 260 lat. A to o czymś świadczy. Z tym, że to zdecydowanie nie dla mnie. Oczywiście kunszt wykonania i jakość są bezdyskusyjne, ale to nie moja stylistyka. Jeśli chcesz zrobić mieszkanie w stylu własnej babci to ta marka jest najlepsza, gwarantuję, że lepszej nie znajdziecie. Genialne, idealnie perfekcyjne naczynia w babcinym stylu - jeśli ktoś takie lubi. Oglądałem te wzorzyste zastawy i przypomniała mi się babcia Kazia z Zielonki. Też takie miała :) Ale ja jednak wolę nowoczesny minimalizm - jak już wiele razy wspominałem. Chociaż - żeby oddać sprawiedliwość - mają kilka rzeczy i dla mnie. Na szczęście przewidzieli, że jednak ktoś może wybrzydzać i odrobinę nowoczesności mają w ofercie, jak np. całkiem fajna zastawa New Wave. Ale generalnie jeżeli chcecie mieć kuchnię w stylu swojej babci to Villeroy & Boch wam to umożliwi.

A zaraz potem w oczy rzucił mi się Skeppshult. Solidna szwedzka robota. I nawet bardzo mi się podoba, mimo, że "nowoczesności" to w tym za grosz nie ma :) Ale taki oldskul to ja lubię! Nie żadne tam pitu-pitu, jakieś delikatne babcine klimaty tylko prawdziwe partyzanckie mosiężne naczynia! Naprawdę mi się podobają :) Jeśli chcielibyście urządzić kuchnię w takich ciężkich klimatach, tak prawie "po wojskowemu" to Skeppshult jest do tego idealny. Gdyby nie to, że do mojej kuchni to nie pasuje to sam bym kupił jakąś patelnię sobie. Szkoda tylko, że wybór stosunkowo niewielki. Ale w sumie z drugiej strony jak mniejszy wybór to łatwiej się na coś zdecydować.

A tutaj ogromne zaskoczenie mnie wzięło. Peugeot. Do tej pory myślałem, że Peugeot to tylko samochody (i ewentualnie rowery) robi. Ale nieeee, do kuchni pełną gębą się też wpycha, i to w jakim stylu! W pełnym elegancji francuskim stylu! :) W sumie Peugeot to przed wszystkim młynki, wszelakie młynki. Do soli, do pieprzu, do gałki muszkatołowej i innych przypraw. Firma postanowiła globalnie wziąć się do rzeczy i każdy tutaj znajdzie coś dla siebie. Drewniane młynki dla osób konserwatywnych i ceniących tradycję, nowoczesne szklane dla takich popaprańców jak ja, a nawet kolorowe, jakby takie "młodzieżowe" :)
A zaciekawiła mnie tam jedna rzecz. I kompletnie nie wiem do czego służy, ale jako miłośnik gadżetów chcę to mieć! :) Mianowicie "kieszonkowy tester wieku wina". Nazwa sugerowałaby, że służy do sprawdzania wieku wina. Ale nie, jednak służy do czego innego. Otóż: "tester posiada składaną formę, która bez problemu mieści się w kieszeni garnituru lub damskiej torebce. Produkt wykonano ze specjalnego stopu metali, który posiada właściwości rozbijające cząsteczki wodoru i tlenu. W praktyce zanurzając tester w winie przyśpiesza się proces utleniania, a co za tym idzie naturalny przebieg starzenia się wina. W kilkanaście sekund można postarzyć 100 ml wina nawet o jeden rok, nie zmieniając przy tym jego smaku". Ma ktoś jakiś pomysł po co robić takie coś?

I na koniec perełka, moja ukochana firma KAI. A miłuję ją z powodów dwóch: jest japońska i produkuje noże :) Nic więcej, tylko noże. Na samym początku, przy okazji marki Fissler zachwalałem noże. Tutaj, przy tych nożach należą się takie same pochwały tylko razy dziesięć. Te noże to absolutna perfekcja. I z całą pewnością są niezniszczalne. Niestety nie są również tanie, ale jeżeli się zdecydujecie na zakup to będą z nich korzystać jeszcze wnuki waszych wnuków. Ja z racji moich fascynacji Japonią kiedyś na pewno chociaż jeden taki nóż sobie kupię. Jestem w nich bezgranicznie zakochany!

No dobra dzieciaki, będę zatem chyba już kończył, bo i tak nieco się rozpisałem, mam nadzieję, że doczytaliście aż do tego miejsca. Chociaż i tak nie o wszystkim co bym chciał wspomniałem. Tak opisuję ten sklep, bo naprawdę warto znać takie miejsca. Przekrój przez firmy spory, wybór naprawdę ogromny. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ja zapewne skorzystam z oferty, a może uda mi się namówić firmę rossi.pl na jakiś konkurs dla moich czytelników :) Chcielibyście?

-----------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 24 stycznia 2013

Chleb owsiany z automatu


Więc taaak, nooo... Kilka miesięcy temu napisał do mnie Wiesiek, podsyłając mi swój przepis na chleb z automatu. Więc chciałbym bardzo cię Wieśku przeprosić, że dopiero teraz go publikuję. Ale wiesz... Czasu brak trochę... :) No ale co się odwlecze, to coś tam, czy co ma wisieć to też coś tam, czy jakoś takoś... Zatem żeby nie przedłużać zacytuję słowa Wieśka:

"Z pół roku temu kupiłem automat do pieczenia chleba, upiekłem ich już chyba z ...dziesiąt. Często korzystam z Twoich przepisów, ale nie tylko.
Ostatnio zaciekawił mnie przepis Tosi (http://smakowitychleb.pl/chleb-owsiany-z-automatu/). Ale zrobiłem go trochę inaczej.
Korzystam z gotowych mieszanek do chleba, kupowanych w Auchan, np. Chleb Omega 3 firmy EKOVITA SP. Z O.O. (Wypieki z Wamii i Mazur).

Oto składniki:
- mąka Chleb Omega 3 - 500g
- woda - 300g
- płatki owsiane - 50g + do posypania
- łyżka oliwy
- łyżeczka cukru
- łyżeczka soli
- jajko

Mąka zawiera drożdże, więc wszystko do automatu oprócz płatków, je wrzucam dopiero po sygnale. Program standardowy.
Po ostatnim mieszaniu mokrymi dłońmy wyjmuję ciasto, wyciągam mieszadło, wkładam ponownie, wyrównuję. Smaruję wierzch rozbełtanym jajkiem i posypuję płatkami owsianymi. Dalej tylko czekam na koniec. Wyjmuję na kratkę. Co wyszło? Na zdjęciach".

I tak właśnie napisał do mnie Wiesiek. Chleba osobiście nie próbowałem, ale wygląda zacnie :) Jak kiedyś przypadkiem wejdę w posiadanie takiej mąki to chętnie wypróbuję ten przepis.

A jeśli Wy chcecie jakiś przepis mi podesłać to oczywiście nie mam nic na przeciwko, a wręcz przeciwnie :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 17 stycznia 2013

Księżycowe ciastka (mooncakes - 月饼)




Tutaj to dopiero obsuwę mam, przy tym wpisie... Zrobiłem te ciastka we wrześniu, ale jak to w życiu - czasu ciągle za mało... Ale wreszcie czas znalazłem i przepis zamieszczam :) Ale zanim przepis to najpierw historyjka :)
Bo było to tak: przychodzi do mnie Jingyao - moja chińska kumpela - i marudzi mi, że zbliża się jedno z najważniejszych chińskich świąt: Święto Środka Jesieni. A w to święto Chińczycy się zajadają takimi specjalnymi ciastkami, a ona nie ma tych ciastek, bo w Polsce się kupić nie da. No i co ona ma zrobić? Bo przecież jak jest święto to i ciastka być muszą. Czyli przez analogię (czy jakiś tam inny wyraz): jak nie ma ciastek to i święta nie ma. No kurcze, to prawie tak samo jak Wigilia bez karpia, czy jakoś takoś. A może to na inne święto się karpia zjada? Właściwie to nie wiem :)
Cóż zatem było robić, trzeba dziewczynie pomóc... Przeszukałem chiński internet i jakiś tam przepis znalazłem. W sumie łatwo nie było, bo tych ciastek nikt w domu nie robi, wszyscy w Chinach po prostu je kupują. Są nawet sklepy/cukiernie, które się tylko w tych ciastach specjalizują. Ale tak sobie myślę, że skoro jada się je tylko w to Święto Środka Jesieni to ja naprawdę nie wiem, z czego przez resztę roku te sklepy żyją :)
Niestety te moje księżycowe ciasteczka (bo tak właśnie się nazywają) nie są takie prawdziwe oryginalne z dwóch powodów: po pierwsze primo prawdziwe mają na wierzchu takie fajne wzorki porobione. Ale one są robione maszynowo. Zatem u mnie fajnych wzorków nie było. A po drugie primo: w środku oprócz czerwonej fasoli powinno być jeszcze żółtko jajka (najlepiej kaczego). Problem był taki, że te żółtka trzeba specjalnie spreparować. A owo preparowanie trwa minimum 3 tygodnie. Najlepiej 4. A Jingyao powiedziała mi o tych ciastach na tydzień przed świętem. Zatem oczywistą oczywistością jest, że żółtek nie było...
Poza tym nie mam pojęcia jakiej oryginalnie w Chinach używa się mąki. Po długim namyśle udało mi się przenieść mąki na nasz polski grunt i użyłem orkiszowej chlebowej typ 750 i krupczatki.
Ogólnie podobno ciastka wyszły takie jak wyjść powinny, święto zostało uratowane! :)

Dla pełnego zrozumienia tematu posłużę się zdjęciami, które znalazłem na http://www.meishichina.com. Fantastyczna strona, miliard przepisów na chińskie żarcie. Jest tylko jeden haczyk: strona jest po chińsku :)


Ciasto zewnętrzne (zdjęcie powyżej):
200 g mąki krupczatki
50 g mąki orkiszowej chlebowej typ 750
30 g cukru
50 g smalcu
70 ml wody
30 g śmietanki 30% (nie śmietany, tylko śmietanki właśnie)

Mąki mieszamy razem i dodajemy pocięty na kawałki smalec. Wyrabiamy ciasto aż cały smalec od ciepła dłoni się rozpuści. Trochę to potrwa, bądźmy cierpliwi :) Dolewamy wody i wyrabiamy ciasto, aż wszystko razem się ładnie połączy. Zawijamy w folię spożywczą na 20 minut.





Ciasto wewnętrzne (zdjęcie powyżej):
220 g mąki krupczatki
150 g smalcu

Tak samo jak w "cieście zewnętrznym" mieszamy aż smalec się pod wpływem ciepła dłoni rozpuści i ciasto się wyrobi w zwartą masę.





Nadzienie (zdjęcie powyżej):
240 g czerwonej fasoli (z puszki)
50 g maki orkiszowej chlebowej typ 750
30 g cukru
(jajka pomijamy - jak już wspominałem)

Fasolę dokładnie odcedzamy z zalewy, miksujemy i mieszamy z mąką i cukrem na jednolitą masę. Na tych zdjęciach widać, że z masy fasolowej lepi się kulki, ale moja masa nie była aż taka zwarta żeby łatwo dało się kulki lepić. Pewnie to jakaś specjalna chińska fasola. Zatem zostawiamy fasolę w misce, zajmiemy się nią później.

I teraz przechodzimy do głównej części. Znowu posłużę się zdjęciami.



Ciasto zewnętrzne dzielimy na 14 kulek. Tak samo ciasto wewnętrzne (zdj. 1). Ciasto zewnętrzne spłaszczamy dłonią i zawijamy wokół ciasta wewnętrznego (zdj. 2). Otrzymujemy 14 większych kulek. Każdą z tych kulek wałkujemy (zdj. 3) i zawijamy w rulon zaczynając od dłuższego boku (zdj. 4). Rulony następnie wałkujemy (zdj. 5 i 6) i ponownie rolujemy, tym razem od krótszego boku (zdj. 7). Rulony stawiamy na sztorc (zdj. 8) i zgniatamy dłonią na płasko (zdj. 9). Na płaskie placki łyżką nakładamy z miski masę fasolową i zawijamy ciasto w kulkę (zdj. 10). Układamy na blasze sklejoną częścią w dół (zdj. 11), smarujemy roztrzepanym jajkiem połączonym z kilkoma łyżkami mleka i posypujemy sezamem (zdj. 12). Ja nie miałem czarnego sezamu więc użyłem białego.
Pieczemy przez około 20 minut w 190 stopniach - do zrumienienia.

Uuufff, nieco skomplikowana sprawa, ale jeśli odwiedzą was kiedyś Chińczycy w czasie Święta Środka Jesieni to możecie ich tymi ciastkami zaskoczyć :)
A jeżeli ktoś naprawdę będzie chciał zrobić te ciastka z żółtkiem w środku to niech da znać, postaram się przetłumaczyć co trzeba z tej fajnej chińskiej strony. Bo w polskich przepisach nie udało mi się znaleźć. W angielskich również - ale tutaj zbyt dokładnie nie szukałem. W sumie tak naprawdę to będzie pierwszy taki prawie z prawdziwego zdarzenia przepis dostępny po polsku. Szukając informacji o tych ciastkach przekopałem dokładnie wszelakie blogi/strony z przepisami i nic ciekawego nie znalazłem. Udało mi się kilka namierzyć, ale te przepisy niewiele miały wspólnego z prawdziwymi księżycowymi ciastkami. Więc mam nadzieję, ze komuś kiedyś ten przepis się przyda :)




---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 10 stycznia 2013

Czosnkowe skrzydełka w maśle



Kolejny przepis inspirowany fantastyczną stroną mniammniam.pl. Co prawda Grzegorzowi (prowadzącemu tę stronę) nie dorównuję, ale bardzo się staram, może kiedyś mi się uda :) Raz dwa do rzeczy, bo przede mną  dzień pełen wrażeń i nie mam zbyt wiele czasu do stracenia.

skrzydełka kurczaka
kostka masła
10 ząbków czosnku
2 łyżki oleju
pęczek natki pietruszki
sól, pieprz

Grzegorz radzi, żeby skrzydełka zalać zimną wodą i zostawić na kilka godzin. Nie wiem jaki w tym sens jest, ale na wszelki wypadek tak zrobiłem :)
Ze skrzydełek odcinamy niejadalne końcówki i gotujemy skrzydełka w słonej wodzie. Nie za długo, tak tylko żeby się nieco zrobiły. Odrobinkę. Odcedzamy i zostawiamy do wyschnięcia. W międzyczasie drobno kroimy czosnek i natkę pietruszki.
Na woku/rondelku/innej patelni rozpuszczamy masło i solidnie zaprawiamy czarnym pieprzem, niech się trochę podsmaży żeby aromat z pieprzu wyszedł. Następnie dodajemy czosnek, natkę i trochę soli. Smażymy jeszcze ze 30 sekund.
Do masła i całej reszty dodajemy trochę oleju (dzięki temu masło się nie przypali) i dorzucamy skrzydełka. I smażymy na złocisto i chrupiąco. Wykładamy na talerz i całość zalewamy sosem maślanym.
Dobrze jest zaopatrzyć się w świeżą bagietkę, przyda się do maczania w maśle :) Smak jest genialny!

Jak widać na zdjęciach czosnek mi się kompletnie zjarał (pewnie za grubo pokroiłem), ale to nie problem. Zanim się zjarał to oddał masełku cały smak, wiec można już go po prostu wywalić :)

Zacytuję jeszcze za Grzegorzem: "Nie wierzę w cholesterol!" :) No bo jak można wierzyć w coś, czego nie widać :)

A na koniec nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wam smacznego :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

piątek, 4 stycznia 2013

Problemy z blogiem


Dzisiaj krótki, szybki wpis z informacją i prośbą o pomoc. Mianowicie od jakiegoś czasu przy wchodzeniu na mojego bloga pojawia się takie okienko jak powyżej. Z prośbą o wpisanie loginu i hasła. Ciekawostką jest, że nie zawsze, nie każdemu, się to pojawia. I za cholerę nie wiem co to jest, jak się tego pozbyć. Znacie ten problem, wiecie jak temu zapobiec, usunąć to badziewie? Już ręce mi opadają, nie wiem zupełnie co z tym robić.

U mnie działa akurat kliknięcie na "anuluj", ale dochodzą mnie słuchy od czytelników, że u niektórych po anulowaniu tego w niedługim czasie wyskakuje znowu. I tak wciąż i wciąż :(

Jeśli to ma znaczenie to używam platformy bloggera.


EDIT: Uff, już nieaktualne, przepraszam za zamieszanie :)


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 3 stycznia 2013

AdTaily - wal się na ryj!


Nie chciałbym wyjść na internetowego pieniacza, tylko po prostu przestrzec Was przed firmą AdTaily. Jeżeli ktokolwiek jeszcze jej nie zna to w dwóch słowach wyjaśniam: jest to firma, poprzez którą można wyświetlać reklamy innych firm na swoim blogu. I na tym "zarabiać". Piszę w cudzysłowie, bo zarobek nie jest jakiś ogromniasty. W moim przypadku to było jakieś, mniej więcej, 130-150 złotych rocznie. Oczywiście lepsze to niż nic. Dlatego też jakieś dwa lata temu zacząłem wyświetlać przez AdTaily reklamy u siebie na blogu. Pierwsza wypłata, po jakimś roku, przebiegła bezproblemowo. Niedawno temu, po kolejnym roku chciałem znów nagromadzony "majątek" wypłacić. Zrobiłem wszystko jak trzeba, tu kliknąłem, tam kliknąłem i pozostało mi czekać na przelew. Przelew po kilku dniach przyszedł, ale taki jakiś niepełny mi się wydał... Loguję się na swoje konto AdTaily, pacze, pacze i widzę, że podpieprzyli mi 40,01 zł. Cytuję: "Odjęcie środków z konta za działania niezgodne z regulaminem". Hmmm, zadumałem się srodze... Cóż takiego mogłem zrobić niezgodnego z regulaminem. Myślałem, myślałem... I znowu myślałem i myślałem... I raz jeszcze myślałem. I wiecie co? No właśnie nic. Nic nie wymyśliłem! Oprócz tego, że skoro nic nie wymyśliłem to trzeba jakiegoś maila do nich naskrobać, czy jakoś takoś... No więc skrobnąłem. I dowiedziałem się, że te 40,01 zł to naklikałem sobie sam, dlatego właśnie zostały mi te środki odjęte. Hmmm, interesujące. I w dodatku nieprawdziwe. Ale spoko, rozumiem, pewnie się po prostu pomylili, przecież pomyłki każdemu się zdarzają. A ja miły i grzeczny jestem więc wybaczyć pomyłkę mogę. Piszę zatem do nich kolejnego maila, ze to chyba nie do końca tak. A jeśli twierdzą, że jednak właśnie tak, to niech pokażą mi jakimi narzędziami sprawdzają to, że sam sobie naklikałem tę kasę. Więc dostałem kolejnego maila jeszcze dobitniej tłumaczącego mi, że jestem starym ściemniaczem i bardzo nieładnie robię, że sam sobie klikam. I kasy nie dostanę. Tiaaaa, na takiem dictum to już nie wiedziałem co mam odpisać. Wszak jako mądry chłopiec wiem, że nie należy się kopać z koniem. Ani kłócić z idiotą, bo najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem. Złamasy kutane!
A wy macie jakieś historie związane z tą firmą?

 A swoją drogą to naprawdę zastanawiam się jakimi narzędziami sprawdzają to, że sam niby sobie naklikałem. Jedyne co przychodzi mi do głowy to sprawdzanie numeru IP. Narzędzie byłoby dobre, gdyby tylko nie było takie słabe. Bo weźmy na przykład dla przykładu taki przykład: wielki akademik, taki na 1000 osób. Wewnętrzna akademikowa sieć internetowa. Zatem wszyscy, całe 1000 osób ma ten sam numer IP. Jeden student korzysta właśnie z tego systemu AdTaily, a reszta kliknęła mu w reklamy. Z tego samego IP. No i już durne AdTaily sobie myśli, że cwany student 1000 razy sam sobie kliknął. Brzmi nieźle, prawda?

Podzielcie się w komentarzach, jeśli macie taką ochotę i potrzebę, swoimi przeżyciami związanymi z tą firmą. A może macie jakiś pomysł jak z nimi walczyć? Z góry dziękuję :)
Bo Rzecznik Konsumenta mi odpisał, że nie może mi pomóc, bo byłem z nimi związany umową finansową (czyli czerpałem zyski) więc to już nie działka Rzecznika Konsumentów. UOKIK mi nic nie odpisał (póki co), Urząd Kontroli Elektronicznej również. Zatem ostatnia myśl jaka mi przychodzi do głowy to po prostu policja.
Z jednej strony mój czas, który bym na to zużył jest znacznie więcej warty niż 40 złotych, a z drugiej strony warto by było dać tym kutafonom nauczkę... Eehhh...


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

Ziemniaki zapiekane w sosie mleczno-musztardowym z czosnkiem


No dobra, mam dzisiaj wolny dzień i mogę trochę czasu poświęcić na wpisywanie zaległych (baaardzo zaległych) przepisów, mam ich kilka. Kompletnie czasu nie miałem ostatnio, okrutnie zaniedbałem gotowanie i wszelakie pieczenie w domu. Eeehhh... Sporo innych zajęć mam niestety również. Znaczy się też pożytecznych. Ostatnio namalowałem na ścianie w salonie takie fajne klatki z ptakami, teraz się biorę za kolejne malunki. Dzisiaj pewnie jeszcze zacznę dmuchawce na ścianie w sypialni, a potem ogromna japońska wiśnia na pół ściany w salonie. Czyli trochę pracy mam. Ale dobra, do rzeczy, bo niby czasu dzisiaj mam sporo, ale i sporo pracy (i kilka przepisów do wpisania) przed mną. Wspominałem jakiś czas temu (tutaj), że dostałem fajne gifty od AleDobre.pl. Wśród tych dobroci była również musztarda dijon, której użyłem do dzisiejszej potrawy. Zrobiłem mianowicie ziemniaki zapiekane w sosie mleczno-musztardowym z czosnkiem - czyli tak jak w tytule. A przepis podpatrzyłem na mniammniam.pl. Swoją drogą fajna strona, polecam.

1,5 kg ziemniaków (nierozpadających się podczas gotowania)
główka czosnku
3 szklanki mleka
2 łyżki masła
3 łyżeczki musztardy z całymi ziarnami gorczycy
sól, pieprz
olej do wysmarowania formy

Na początek cytuję za Grzegorzem z mniammniam.pl: "Łatwo sprawdzisz, czy są [ziemniaki] właśnie takie [nierozpadające się podczas gotowania], jeśli przekroisz ziemniaka i przez kilka sekund potrzesz o siebie połówki przekrojoną stroną - jeśli będą się do siebie lepić, oznacza to, że ziemniaki zawierają dużo skrobi i zachowują swój kształt podczas gotowania".

Więc skoro kwestię ziemniaków mamy załatwioną to lecimy dalej:
Ziemniaki obieramy, myjemy i kroimy na cienkie plasterki. W cienkie plasterki kroimy również ząbki czosnku. W dużym garnku rozgrzewamy masło, dodajemy czosnek i smażymy 1 minutę ciągle mieszając. Doprawiamy solą i pieprzem, dodajemy mleko i ziemniaki. Powinny być w całości przykryte mlekiem. Doprowadzamy na średnim ogniu do wrzenia. Gotujemy około 8 minut. Często mieszamy, bo łatwo się przypala. Na koniec dodajemy musztardę i delikatnie całość mieszamy.
Ziemniaki przekładamy do naoliwionego naczynia żaroodpornego i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Zapiekamy przez 30 minut, aż spora ilość sosu odparuje, a ziemniaki się ładnie przyrumienią.

Smacznego :)

Dodam na koniec, że ja robiłem to w garnku rzymskim, który również dostałem od AleDobre.pl. Za co baaaardzo temu sklepowi dziękuję :)

A w ogóle to witam w Nowym Roku! :)



--------------------------------------------------------------------- Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...