poniedziałek, 31 grudnia 2012

Szczęśliwego Nowego Roku!


Hej dzieciaki! :) Szczęśliwego Nowego Roku! Bawcie się dobrze, pijcie z umiarem i, do jasnej cholery,  nie strzelajcie z petard! Bo moje koty się boją. I inne zwierzaki też. Do zobaczenia/przeczytania w nowym roku i dzięki, że jesteście ze mną! :)

--------------------------------------------------------------------- Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 27 grudnia 2012

Dan-ta, czyli chińskie ciastka jajeczne



No i kolejny przepis, który powstał po konsultacjach z Cai, moją kumpelą z Chin. A właściwie to nawet nie po konsultacjach, tylko za sprawą zdjęcia. Bo siedzę sobie w pracy, a Cai nagle podsyła mi zdjęcie i pyta, czy wiem co to jest. Bo ona bardzo lubi, a tutaj w Polsce to nie widziała tego i nie wie, gdzie kupić. Tak patrzę na to zdjęcie, patrzę... Hmmm, jakieś takie babeczki z czymś żółtym, lekko przypalonym... Babeczki z przypalonym budyniem? Nieee, chyba nie... Chociaż prawda, że Chińczycy to dziwne rzeczy jedzą, ale żeby przypalony budyń? :) Poszperałem chwilę w necie i już wiedziałem co to jest! Odpisałem zatem Cai: "OK, challenge accepted, jutro będą!" Zatem skoro słowo się rzekło...

ciasto francuskie
puszka niesłodzonego mleka skondensowanego
4 jajka
100 g cukru pudru
laska wanilii

W cieście francuskim wycinamy kółka i wkładamy te kółka to wysmarowanych olejem metalowych foremek na muffiny. Silikonowe nie są za dobre bo ciasto francuskie się w nich trochę zniekształca - sprawdzałem. Dobrze dociskamy żeby ciasto idealnie przylegało do foremek. Odrobina luzu spowoduje fatalne zniekształcenia.
I robimy masę z mleka, cukru i jajek. I wyskrobujemy również do masy środek wanilii (od biedy pewnie mogą być ze dwie łyżeczki ekstraktu). I mieszamy wszystko na gładką masę. Masą tą wypełniamy formy wyłożone ciastem francuskim. Nie wypełniamy do samej góry, musimy zostawić 0,5-1 cm luzu, bo inaczej w trakcie pieczenia masa wypłynie. I wstawiamy na 10 minut do piekarnika nagrzanego do 200 stopni. Po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 180 stopni i pieczemy jeszcze 15 minut. Gotowe :)
Na ciepło smakują obłędnie, ale zimne (zostawione na później) też dają radę.
Następnego dnia zaniosłem do pracy żeby Cai i Dan oceniły, czy smakują tak jak w Chinach. Cóż, prawdę mówiąc nie wypowiedziały się, ale to tylko dlatego, że tak pochłaniały ciasto za ciastkiem, że nie było czasu na gadanie :) Więc to chyba najlepsza rekomendacja, najlepszy dowód, że chyba wyszło "po chińsku" :)
Nie wiem dokładnie ile mi wyszło z tego przepisu, ale myślę, że około 30 sztuk.




---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 20 grudnia 2012

Pikantne udka kurczakowe na piwie po chińsku



Wróciłem właśnie po pracy do domu, na szybko zjadłem co-nieco i siadam do bloga wpisać parę zaległych przepisów. Akurat Madzi nie ma, bo alkoholizować się pojechała więc mam parę chwil spokoju. Otworzyłem zatem piwo, a dwa kolejne się chłodzą. I testuję nowy smak Laysów. "Sałatka grecka". Spoko, niezłe czipsy. Dupy nie urywają, ale niezłe. Raz, czy dwa zjeść można. W obwodzie czekają jeszcze moje ulubione solone, pewnie dzisiaj jeszcze do nich sięgnę :)
A dzień w pracy miałem bardzo ciekawy. Otóż dostałem dzisiaj kilka jakichś skserowanych dokumentów z prośbą: "Mógłbyś sprawić żeby wyglądały jak oryginały?" Hmmm, moja sława mnie wyprzedza chyba. Kiedyś, gdy byłem młody i mniej mądry to zarabiałem w ten sposób na życie. Ale zostałem ukarany, odpokutowałem i powiedziałem sobie, że więcej tak robić nie będę. Zatem już prawie wyrwało mi się z ust: "A mogłabyś sprawić żebym wygrał w totolotka?". Ale rzuciłem okiem na te dokumenty i zobaczyłem, że w sumie to żadne fałszerstwo. To tylko obejście biurokracji. A moja anarchistyczna dusza biurokracji mówi zdecydowane NIE! Zatem ochoczo zabrałem się do przetwarzania kopii na oryginały i teraz w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku przekazuję wam przepis na genialne pikantne udka. "Po chińsku" ponieważ to kolejny przepis inspirowany rozmowami z Cai, moją chińską kumpelą. Co prawda w pierwotnym planie były skrzydełka, ale one akurat wyszły. Czy też może odleciały :) Zostały udka. A do tych udek fantastyczne "nacinane" ziemniaki.

Kurczak:
Udka kurczakowe (ilość wedle woli)
2 papryczki chili
4 ząbki czosnku
0,5 litra jasnego piwa
szczypta soli
4 łyżeczki czerwonego pieprzu nie mielonego
natka pietruszki
olej do smażenia

Ziemniaki:
ziemniaki (ile kto chce)
duża cebula
4 ząbki czosnku
1 papryczka chili
szczypta soli
olej
pół szklanki wody
przyprawy (u mnie "przyprawa do ziemniaków")

Od razu na wstępnie lojalnie uprzedzam, że kuchnia po tym obiedzie będzie do mycia, ujebutana "po same łokcie" :)
Wlewamy do woka sporo oleju - ale też bez przesady. Tak trochę więcej niż tradycyjnie do smażenia dajemy. No tak żeby kurczaki mogły trochę w nim popływać. I nagrzewamy ten olej naprawdę bardzo. Aż zacznie dymić. I wrzucamy kurczaki. Uwaga! Olej będzie strzelał jak cholera, warto jakiś fartuch założyć. To taki chiński system smażenia, stir-fry. I często przewracamy kurczaki z boku na bok, żeby się porządnie i równomiernie przyrumieniły. Smażymy oczywiście na jak największym ogniu, nie zmniejszamy. Jak już uznamy, że są przyrumienione to dolewamy pół litra piwa. I tutaj znowu musimy uważać, znowu olej będzie konkretnie tryskał.  Dodajemy też zgnieciony dłonią lub bokiem noża czosnek, sól, ziarna czerwonego pieprzu i przekrojone wzdłuż papryczki chili. I posiekaną natkę pietruszki. Mieszamy co jakiś czas, już nie musimy tak często jak na początku, i czekamy aż całe piwo się zredukuje, pozostanie tylko gęsta klejąca masa. Potrwa to kilka minut, może kilkanaście. I kurczaki gotowe. Naprawdę są smaczne i naprawdę pikantne :)
Pora na ziemniaki:
Ostrym nożem nacinamy dość głęboko (mniej-więcej do 2/3) każdego ziemniaka, co kilka milimetrów. Musimy mieć naprawdę ostry nóż żeby to się udało. Nacięte ziemniaki wkładamy do naczynia żaroodpornego, polewamy ziemniaki połową szklanki wody i niewielką ilością oleju. Posypujemy też przyprawami, które lubimy. Ja użyłem gotowej mieszanki "przyprawa do ziemniaków". Bo lubię :) Do naczynia wrzucamy też czosnek zgnieciony dłonią lub bokiem noża, pokrojoną w ósemki cebulę, i przekrojoną wzdłuż na pół papryczkę chili. I szczyptę lub dwie soli na ziemniaki.
Naczynie przykrywamy i wstawiamy na 30 minut do piekarnika nagrzanego do 220 stopni. Po tym czasie zdejmujemy przykrywkę, ustawiamy piekarnik na funkcję grilla i trzymamy ziemniaki jeszcze 45 minut (na możliwie najwyższej półce).
Smacznego!

A za czerwony pieprz dziękuję sklepowi AleDobre.pl



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 13 grudnia 2012

Udka miodowo musztardowe i pieczone ziemniaki


Za oknami już aura zimowa, delikatnie mówiąc. A ja odkopałem przepis, który zrobiłem w ostatnie ciepłe dni tego lata, pod koniec sierpnia. Niestety nie zawsze mogę na bieżąco publikować przepisy, czasami więc zdarzają mi się mniejsze lub większe obsuwy. Tym razem trochę większa, jakieś 3 miesiące z hakiem. Ale dzięki temu mogę powspominać lato, poprzypominać sobie. A potrawa, owe tytułowe udka kurczakowe okazały się hitem i doskonałą potrawą, przepis już opchnąłem w pracy :)
Otóż odwiedził mnie mój przyjaciel Mateusz z żoną Agnieszką i małym brzdącem Szymonem. Z Mateuszem w tym roku stuknęło nam 20 lat znajomości. Niestety teraz nie widujemy się zbyt często, bo Mateusz opchnął mieszkanie w Warszawie i wyprowadził się na wiochę. Latem to go (i Agnieszkę oczywiście również) jeszcze czasami tam odwiedzamy z Madzią i popijając szkocki trunek pędzony na myszach (no bo skąd ten brązowy kolor?) wspominamy dawne czasy :) Ale zimą to zimno więc kolejne spotkanie pewnie nie szybko.
Ale do rzeczy... O smakowitości dania niech świadczą rozmowy przy stole:
Madzia: "O ja pierdziele, napisz, że to (tutaj głośne mlaskanie) jest zaje**ste!"
Mateusz: "Napisz, że nie masz pojęcia jak to smakowało, bo goście przyjechali i ci wszystko zjedli!"
Agnieszka: "Dla mnie ziemniaczka, zostawcie mi jeszcze jednego!"
Noooo, a ja siedziałem i się uśmiechałem. Bo to miłe widzieć jak ludzie jedzą i im smakuje.

11 udek kurczakowych
125 g miodu
150 g musztardy (u mnie sarepska)
3 łyżki oleju słonecznikowego
2 szczypty soli
2 łyżeczki zielonego pieprzu
ziemniaki
przyprawa do ziemniaków (dowolnej firmy)

Dodam tutaj jeszcze, że zielony pieprz mam dzięki uprzejmości AleDobre.pl.
Najpierw robimy marynatę. Miód, musztardę, olej, sól i pieprz mieszamy w misce aż składniki ładnie się połączą. Ja użyłem całych ziarenek zielonego pieprzu, które zmiażdżyłem w moździerzu.
Każde udko nacinamy skośnie trzema nacięciami, żeby marynata ładnie wniknęła. I taplamy te udka w marynacie. Najlepiej to zrobić w jakiejś dużej misce. Owijamy miskę folią spożywczą i chowamy na wiele godzin do lodówki. U mnie dobę stało.
Po tych wielu godzinach przekładamy kurczaki do naczynia żaroodpornego i polewamy połową marynaty. Druga połowa przyda się później.
I obieramy ziemniaki. Podgotowujemy je trochę, tak żeby były troszkę miękkie, takie do połowy zrobione. Wkładamy je do drugiego naczynia żaroodpornego, polewamy olejem i posypujemy przyprawą do ziemniaków. Nagrzewamy piekarnik do 220 stopni na funkcji grill (to jest istotne żeby nam się ładnie przypiekły kurczaki i ziemniaki) i wkładamy oba naczynia. Po 10 minutach kurczaki przewracamy na drugą stronę i polewamy kilkoma łyżkami marynaty. Po kolejnych 10 minutach znów przewracamy i znów polewamy. I tak samo po kolejnych 10 minutach - tutaj już wlewamy resztę marynaty i zostawiamy potrawę jeszcze na 30-40 minut w piekarniku - niech się grzeje.
I śmiało mogę przyznać, że to jedne z najlepszych udek jakie jadłem. A zainspirowałem się przepisem znalezionym na Kwestii Smaku.



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 6 grudnia 2012

Bułki śniadaniowe II



Oooch, cudne bułki! Puszyste i mięciutkie! Chyba mi brakowało zwykłego pszennego pieczywka. Czasami muszę dać spokój z moimi dziwnymi chlebami i zrobić coś prostego jak się organizm domaga. Pomysł na te bułki podpatrzyłem na Mojej Kulinarnej Przygodzie. Nieco pozmieniałem, bo zawsze zmieniam, i wyszły mi rewelacyjne bułki na jutrzejsze śniadanie. To znaczy tak naprawdę nie wiem, czy będą na jutrzejsze śniadanie, bo mogą nie dotrwać... Eeehh, są naprawdę pyszne. Lekko słone. Zrobiłem ich 8 sztuk, zanim usiadłem do pisania tego przepisu już było 7, a teraz trzymam w dłoni i podgryzam kolejną bułkę. Zatem zostało 6. A godzina jeszcze młoda, zdążę zjeść jeszcze minimum 2, może 3. Minimum. Czyli może więcej... Zobaczymy jak to będzie.

500 g mąki tortowej
270 ml wody
6 g suchych drożdży
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli

Mąkę przesiewamy do miski. Przesiewamy żeby była bardziej puszysta, a w rezultacie żeby bułki były bardziej "bułkowe". Znaczy się mięciutkie. I dodajemy całą resztę składników. Wyrabiamy przez 15 minut. Otrzymamy ładne, sprężyste, nieprzylegające do dłoni ciasto. Przykrywamy je ściereczką i zostawiamy na 1 godzinę do wyrośnięcia. Po tym czasie uderzamy ciasto kilka razy pięścią żeby je odpowietrzyć. I dzielimy na 8 równych części. Formujemy z nich bułki i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Przykrywamy ściereczką i czekamy na kolejne wyrośnięcie około 40 minut. Każdą bułkę nacinamy ostrym nożem przez środek.
W miseczce rozrabiamy 1 łyżeczkę soli na pół szklanki wody i nacieramy tym roztworem, np. przy pomocy pędzelka, każdą z bułek. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 220 stopni na 10 minut. Po tym czasie wyjmujemy, znów smarujemy roztworem solnym i pieczemy kolejne 10 minut. Studzimy, bo podobno gorące pieczywo źle działa na brzuszek, a potem ochoczo zjadamy :)
Smacznego!



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Bread Maker - naczynie do pieczenia chleba


Wpis, a może dwa wpisy temu wychwalałem sklep Fabryka Form. Zatem pora na dalszy ciąg :) Wspomniałem wtedy o naczyniu do pieczenia chleba marki Lekue. Niestety ostatnio naprawdę zalatany jestem, praca grafika czasami potrafi dać naprawdę w kość. Taki okres teraz, że pracy tyle, że nie wiem od czego zacząć. Eehhh... Dlatego też jeszcze nie miałem czasu przetestować tej formy. Ale wygląda niesamowicie. Fantastyczny pomysł. Według słów producenta można w niej wyrabiać ciasto, pozostawić do wyrośnięcia, a potem zamknąć (podczas zamykania formuje się idealny bochenek) i upiec w piekarniku.
Ponoć specjalna konstrukcja umożliwia właściwy obieg powietrza w czasie pieczenia, co z kolei gwarantuje odpowiednie nawilżenie ciasta i złotą, chrupiącą skórkę.
Na tym etapie niewiele więcej mam do powiedzenia. Jak tylko przetestuję, mam nadzieję, że niebawem, to ze szczegółami opowiem.
Może jeszcze kilka danych technicznych:
Materiał: silikon platinum 100% (cokolwiek to oznacza)
Wymiary: 32 cm x 26 cm x 16 cm
Pojemność: 600 ml
Można myć w zmywarce.

Tymczasem idę już sobie, ale mam nadzieję w ciągu kilku najbliższych dni użyć tej formy więc bądźcie czujni, niebawem wrócę :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 29 listopada 2012

Chleb z jabłkiem z automatu


I znowu chlebek z automatu. Łatwy (jak zawsze), ale troszkę inny. Z jabłkiem. To jabłko dodało mu takiego delikatnego posmaku, takiej jakby lekkości. Naprawdę świetny pomysł na fajne zmodyfikowanie smaku chleba. Niestety, jak widać na zdjęciach, troszkę mi się zapadł. Chleby z automatu często mi takie wychodzą. To przez zbyt luźne ciasto. Jak nie mam bezpośredniego kontaktu z ciastem, to znaczy gdy maszyna wyrabia, a nie ja, to ciężko mi ocenić właściwe proporcje. I potem wychodzi tak jak wychodzi... Ale tu w przepisie już odjąłem trochę wody i wydaje mi się, że te proporcje będą właściwe. A nawet jakby komuś opadł chleb to przecież to też nie tragedia, prawda? :)

600 g mąki pszennej
150 ml wody
1 duże jabłko (ok. 250 g)
6 g suszonych drożdży
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki syropu klonowego

Jabłko ścieramy na tarce i razem ze wszystkimi innymi składnikami wrzucamy do pojemnika od maszyny. Odpalamy program podstawowy (taki trwający około 3,5 godziny), ustawiamy wagę chleba na ok. 1 kg i stosowny, wedle gustu, stopień przyrumienienia skórki. No i w zasadzie to już wszystko. Studzimy na kratce i zjadamy.

Smacznego!



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 26 listopada 2012

Fabryka Form

Oooh, miód na moje serce - czy jakoś takoś. Nie wiem, powiedzenia ludowe nigdy nie były moją dobrą stroną. W każdym razie radocha taka, że prawie po nogawkach sikam. Powszechnie wiadomo, że jestem gadżeciarzem i zbieranie niepotrzebnych (ale fajnych) rzecz daje mi większą frajdę niż wyjazd na wakacje (na których zresztą nie byłem chyba z 5 lat). A jak jeszcze przypadkiem się trafi, że rzeczy te oprócz tego, że są fajne to są i potrzebne to już pełnia szczęścia, mega wypas. I tak właśnie przytrafiło mi się teraz, za sprawą sklepu Fabryka Form. Otóż jestem taki miły i w ogóle najfajniejszy, że ziom Michał W. z Fabryki Form postanowił obdarować mnie paczką z prezentami. Co prawda to nie grudzień i nie Wigilia, ale miło z jego strony, takie podarki przyjmuję zawsze w każdej ilości. Postanowiłem zatem podzielić się z Wami wrażeniami z moich nowych zabaweczek. Otóż dostałem: minutnik, kwadratowy durszlak, formę do ciasta i naczynie do pieczenia chleba. Zanim opiszę po kolei te przedmioty powiedzieć muszę, że niestety Fabryka Form do najtańszych sklepów nie należy. Ale cóż... Gadżety po prosty tyle kosztują, wiem o tym dobrze. W końcu przecież jestem grafikiem/projektantem/dizajnerem (niepotrzebne skreślić). Wiem zatem doskonale ile czasu trwa proces projektowania czegoś. To mogą być długie tygodnie, nawet miesiące. A czas kosztuje... Zresztą kosztuje też piękno. A rzeczy z FF są naprawdę niesamowite, są po prostu piękne. W całym tym sklepie nie ma ani jednej rzeczy, której bym nie chciał mieć. Po prostu szpan-mega-wypas :) Zatem co dostałem:

W sumie można by rzec, że minutnik jak minutnik. Jeśli chodzi o sposób działania to nic odkrywczego tutaj wymyślić się nie da. Ma po prostu odmierzać czas. I odmierza. Jak każdy minutnik. Za to jeśli chodzi o wygląd to projektant wniósł się na wyżyny. Boooosz, to z pewnością będzie perełka wśród moich gadżeciarskich zabawek. Otóż "w stanie spoczynku" minutnik jest cały fioletowy, nic na nim nie widać. Ot po prostu taki jakby trochę grubszy krążek do hokeja. Jak się go nakręci to pojawia się tarcza. I w miarę upływu minut tarcza znika. Fantastyczne! :) Jeśli jesteście zbieraczami i gadżeciarzami to ten minutnik to pozycja obowiązkowa.


Podobnie jak przy minutniku trudno tutaj o jakąś odkrywczość w działaniu. Durszlak ma mieć dziurki i ma być durszlakiem. Dość prosty mechanizm. Ale nawet rzeczy proste można nieco podkręcić i doprowadzić do perfekcji. Rzeczy proste też mogą być piękne. Ten durszlak z pewnością jest. Występuje w czterech kolorach: czerwonym, zielonym, czarnym i białym. Ja akurat mam czerwony. Poprosiłem o taki, bo mi do kuchni pasuje. Bo ten durszlak to nie tylko durszlak, to ozdoba. Rzecz, która wisi na widoku i czyni w kuchni klimat.
Jak twierdzi opis na stronie sklepu: sprawdza się doskonale zarówno do odcedzania, mycia, czy odlewania, a także do przechowywania gotowych składników. Potwierdzam, nadaje się i jest super :) Dodatkowo duży bardzo wygodny uchwyt pozwala powiesić ten durszlak na krawędzi zlewu - bardzo mądre rozwiązanie. Jeżeli potrzebujecie nowego durszlaka to właśnie tego. Z całą pewnością.


Hmm, cóż mógłbym napisać... To z całą pewnością nietypowa forma. I dlatego właśnie podoba mi się :) Wydawałoby się, że w temacie form do ciasta niewiele nowego można wymyślić. A jednak! Projektant Konstantin Slawinski naprawdę popuścił wodze fantazji. Nie używałem jeszcze tej formy więc niewiele mam do powiedzenia na jej temat, tyle tylko co na stronie sklepu wyczytałem. Od siebie mogę powiedzieć, że podoba mi się - jak wszystkie inne przedmioty :) A jak użyję to z całą pewnością podzielę się wrażeniami. Tymczasem info ze sklepu:
"Forma do ciasta S-XL Cake to pomysłowy, zabawny projekt pozwalający zaskoczyć gości oryginalnym wypiekiem. Ileż razy goście narzekali, że podawana im porcja wypieku jest za duża, że są na diecie, że nie mają już miejsca na deser. Forma S-XL Cake radzi sobie z tym problemem w oryginalny sposób - upieczone w niej ciasto składa się z serii indywidualnych porcji pośród których największe marudy znajdą propozycję na siebie. Od wielkich miłośników wypieków, którzy kilka razy sięgają po dokładkę, po największych niejadków, oryginalna forma z katalogu Konstantin Slawinski każdemu może zaoferować kawałek na miarę jego potrzeb.
Prezentowana forma to naczynie o wysokości sześciu i średnicy trzydziestu centymetrów. Wykonanie z silikonu oznacza łatwość użycia i wygodę podczas zmywania.
S-XL Cake jest laureatem konkursu DesignPlus z roku 2008."

I jeszcze słowo ode mnie: oczywiście nie trzeba być geniuszem na miarę Einsteina (wystarczy intelekt Joli Rutowicz) żeby wpaść na pomysł, że kawałki ciasta różnej wielkości można kroić i bez tej formy. Ot po prostu, robisz ciasto w zwykłej formie i kroisz je na takie kawałki na jakie chcesz. To nie jest nielegalne, nie ma obowiązku krojenia na równie części. Ale, ale... Posiadanie tak dizajnerskiej formy jak właśnie ta daje jakieś takie poczucie szczęścia :) Jeśli oczywiście jest się takim wypaczonym gadżeciarzem jak ja :)


A to już temat na osobny wpis, dlatego zapraszam wkrótce... :)


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 22 listopada 2012

Żeberka z ananasem po chińsku


Dzisiaj coś wyjątkowego! Prawdziwe konkretne żarcie, czyli żeberka po chińsku. Z ananasem. Na słodko i troszkę na ostro. Na ostro, bo dodałem czerwonego pieprzu prosto z AleDobre.pl. A już chyba ze 100 razy pisałem, że ich przyprawy po prostu miażdżą, są genialne.
A żeby naprawdę było "po chińsku" to przed przygotowaniem tego dania przeprowadziłem konsultacje z Cai, moją chińską kumpelą. No i powiedziała mi co i jak. Więc uzbrojony w chińską wiedzę zabrałem się do działania.

1 kg żeberek
3 marchewki
1 duża cebula
kiełki stir-fry
1 puszka ananasa
sos sojowy
sól
olej do smażenia

Kiełki stir-fry to mieszanina różnych kiełków, chyba z cieciorki, soczewicy i fasoli mung - nie pamiętam dokładnie. W każdym razie to są takie kiełki do smażenia techniką stir-fry, czyli tak jak to robią Chińczycy.
Żeberka kroimy na pojedyncze kostki i wrzucamy na woka na bardzo rozgrzany olej. Solimy i często mieszając podsmażamy na brązowo. Wtedy dodajemy pokrojona w kostkę cebulę i smażymy 10 minut. Często mieszamy. Następnie dodajemy sok z ananasa i marchewkę pokrojoną w słupki. Znacznie zmniejszamy płomień i dusimy kolejne 10 minut. Po tym czasie dodajemy kawałki ananasa, 10 łyżek sosu sojowego i świeżo zmielony czerwony pieprz. Tak ze 2 łyżeczki. Ja swój pieprz rozgniotłem w moździerzu więc nie był tak drobno zmielony, tylko raczej zmiażdżony. Dusimy kolejne 15 minut. Dodajemy kiełki (umyte i osuszone) i dusimy jeszcze 3 minuty. Gotowe :)
Ja to podałem z ryżem i taką szybką sałatką: czerwona i zielona papryka pokrojona w kosteczkę wymieszana z kukurydzą z puszki. Rewelacja! :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 15 listopada 2012

Kofta z domową pastą ajwar


Tym razem konkretne żarcie, nie jakieś tam pitu-pitu :) Odkryłem w zamrażalniku sporo mielonego mięsa. No i taka myśl mnie przeszła: znowu kotlety mielone robimy? Nieeeee... Może do makaronu? Nieeeee... No to co? Hmmm... No nie wiem... A nieeee, wiem! Kofta, będzie kofta!
Kofta to takie mięsne szaszłyki, wywodzą się z Turcji, może z Egiptu... No jakoś takoś z tamtych odległych regionów. Zresztą mniejsza z tym skąd się wywodzą, jak dla mnie to i z Radomia mogłyby być. Ważne, że pyszne są! Pyszne to zresztą mało powiedziane. Są rewelacyjne! A do tego zrobiłem pastę ajwar. To taka lekko pikantna pasta na bazie papryki i bakłażanów. Idealnie jedno do drugiego pasuje, serio. Nawet Madzia, wybredna księżniczka, zachwalała :)
Być może to nie jest taka prawdziwa oryginalna kofta, bo podejrzewam, że Arabowie mają jakieś swoje specjalne arabskie przyprawy. Takie, które własnie z wałka mielonego mięsa czynią koftę. Ja takich przypraw nie miałem więc zrobiłem koftę środkowoeuropejską :) Użyłem po prostu przyprawy grillowej z AleDobre.pl. I ta przyprawa pozamiatała, już nic więcej nie musiałem dodawać. Zresztą nie raz pisałem jak doskonałe są przyprawy z AleDobre.pl. Kolejny raz się o tym przekonałem.
Aaaa, zapomniałbym. Użyłem też czerwonego pieprzu z AleDobre.pl. Jak ja kocham ich przyprawy! :)
A przepis na ajwar podejrzałem na Kwestii Smaku.

Kofta:
1 kg mielonego mięsa
2 bułki kajzerki
4 ząbki czosnku
1 łyżeczka czerwonego pieprzu
3 łyżeczki przyprawy grillowej
2 średnie cebule
1 łyżeczka soli
pół pęczka natki pietruszki
4 łyżki oliwy
2 jajka

Dobrze by było jakbyśmy mieli jako mięso baraninę, ewentualnie pół na pół z wołowym. Ale jak mamy jakiekolwiek inne mięso to też się nada. Taka regionalna kofta będzie :)

Bułki moczymy przez kilka chwil. Jak są czerstwe (najlepiej właśnie jak są) to przez kilka dłuższych chwil - aż  rozmiękną. Odciskamy z wody i do dużej miski wrzucamy. Natkę i cebulę siekamy drobno i też do miski. Czosnek przeciskamy przez praskę. I dodajemy mięso i wszystkie inne składniki. Ja miałem taki ziarnisty czerwony pieprz to go zmieliłem w moździerzu, cudnie pachniał. I mieszamy to wszystko, aż składniki nam się dokładnie połączą. Formujemy owalne kiełbaski i nadziewamy na patyczki do szaszłyków. Smarujemy olejem i grillujemy. Ja mam takiego zajebiaszczego elektrycznego grilla, super się sprawuje. Jak nie macie to równie dobrze się nada patelnia grillowa. W drodze wyjątku zwykła, nie grillowa, też da radę :) No i grillujemy/smażymy aż będzie gotowe. Znaczy się przekręcamy co jakiś czas żeby nam się równomiernie rumieniło.

Mi z kilograma mięsa wyszło 11 sztuk kofty.

A teraz Ajwar:
4 duże czerwone papryki
1 papryczka chili
1 bakłażan
2 cebule
4 ząbki czosnku
3 łyżki oliwy
sól, pieprz
słodka papryka w proszku (ja dałem duuuuużo)

Piekarnik nagrzewamy do 240 stopni. Paprykę kroimy na ćwiartki, bakłażana też, 1 cebulę również w ćwiartki, chili na pół, 3 ząbki czosnku pozostawiamy w łupinach. Wszystkie te warzywa układamy na blasze i pieczemy na wysokiej półce. Pozostała nam 1 cebula i 1 czosnek. Przydadzą się później. Obieramy je i drobno siekamy.
Warzywa pieczemy przez 20 minut. Po tym czasie wyjmujemy je z piekarnika i przekładamy do foliowego woreczka (ja użyłem takiego na mrożonki). Szczelnie zawiązujemy i odstawiamy na 30 minut. Dzięki temu znacznie łatwiej będzie nam obrać warzywa ze skórek. Więc po tych 30 minutach wyjmujemy je z woreczka i obieramy właśnie. Wkładamy warzywa do melaksera i dodajemy te nasze posiekane surowe warzywa. Miksujemy na w miarę gładką masę (nie taką super gładką, żeby drobne kawałeczki pozostały). Dodajemy oliwę, sól, pieprz, paprykę w proszku i dokładnie mieszamy. Gotowe :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 8 listopada 2012

Chleb graham II



A jednak nie do końca miałem rację. Nie lubię mówić, że się myliłem więc użyję tego własnie synonimu :) Nie do końca miałem rację. Kilka dni temu opisywałem przepis, który dostałem od Grażyny, jednej z moich czytelniczek. I Grażyna żaliła się, że chleb ten jej nieco opadł i pytała dlaczego tak się stało. Sugerowałem wtedy, że za dużo drożdży i za dużo płynów. I mówiłem, że zrobię według swoich uwag ten chleb żeby zobaczyć jak wyjdzie. No i wyszedł... Wyszedł tak samo jak Grażynie :) No cholera jasna, ładnie rósł, a pod sam koniec pufff, jakby powietrze zeszło z niego. I dupa blada, nie wiem co robić. Podaję wam przepis po moich przeróbkach, ale tak naprawdę chyba nie ma znaczenia, z którego przepisu skorzystacie, z tego, czy od Grażyny. Oba chleby wyglądają podobnie (podejrzewam że również podobnie smakują) i oba podobnie się zapadają :) A może wy wiecie dlaczego się tak robi?

240 g mąki pszennej graham typ 1850
260 g mąki pszennej typ 650
20 g świeżych drożdży
200 ml mleka
1/4 szklanki wody (50 ml)
50 ml oleju
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki cukru

Wszystko razem wrzucamy do pojemnika, ustawiamy wagę chleba ok. 750 g, stopień przyrumienienia skórki taki jak lubicie i odpalamy program podstawowy. I do czasu zrobienia chleba, czyli przez około 3,5 godziny możemy się zastanawiać dlaczego, u licha, czasami te chleby tak się parszywie zapadają.
No i smacznego :)

EDIT: Właśnie dopiero co, na ciepło jeszcze, dostałem maila od wspomnianej tutaj Grażyny. No i Grażyna pisze, że zrobiła kolejny raz ten chleb, tym razem według moich sugestii, czyli mniej drożdży (15 g) i bez wody. I w ogóle nie opadł. Chleby po prostu są nieprzewidywalne - tyle tylko mam do powiedzenia :) 



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 1 listopada 2012

Chleb graham


A dzisiaj chleb z automatu od moje fanki-czytelniczki Grażyny :) Przesłała mi na blogowego maila przepis razem ze zdjęciem. Już jeden przepis od Grażyny mam na blogu, na bułki grahamki. Znaczy się widać miłośniczka mąki graham :) I Grażyna mówi:

240 g mąki pszennej graham typ 1850
260 g mąki pszennej typ 650
40 g świeżych drożdży
200 ml mleka
1/2 szklanki wody
50 ml oleju
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki cukru

Drożdże skruszyć, zalać wodą i zasypać 2 łyżkami mąki. Poczekać aż trochę podrosną. Następnie dosypać pozostałe składniki, ustawić wagę chleba na około 750 g, stopień przyrumienia skórki wedle gustu i odpalić program podstawowy. I można wracać na Modę na Sukces, czy tam inny ulubione serial :)
W mailu jeszcze Grażyna pisze: "Chlebuś wyszedł wspaniały, mięciutki, nie kruszący się". Miło to słyszeć :)
Jednak jak widać na zdjęciu chleb jest odrobinę zapadnięty i Grażyna zapytuje mnie dlaczego tak się stało. Eehhh, gdybym ja to wiedział... Też mi się w mojej maszynie tak dzieje. Ale podejrzewam, że to wina zbyt luźnego ciasta. W przepisie Grażyny jest sporo drożdży, ja nigdy na tyle mąki nie daję więcej niż 20 g. Z taką dużą ilością drożdży może być tak, że chleb bardzo szybko rośnie, a potem już nie ma siły rosnąć i opada. Nie to żebym się mądrzyć jakoś próbował, bo przecież jestem grafikiem nie piekarzem, ale ja bym zmniejszył ilość drożdży do 20 gram i w ogóle już wyeliminował wodę. A te drożdże na początku przepisu to bym niewielką ilością mleka zalał. Może któregoś razu się pokuszę o zrobienie tego chleba z moimi przeróbkami i zobaczymy jak wyjdzie. Nie mniej jednak ten chleb Grażyny mimo, że nieco opadnięty to prezentuje się wielce smakowicie :) W końcu to że nieznacznie opadł to niczemu nie przeszkadza.

A jeśli chcecie to też możecie mi jakieś swoje "produkcje" podesłać, chętnie opublikuję.

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 25 października 2012

Dewolaj


Dzisiaj dewolaj, czyli właściwie de volaille, żeby tak trzymać się właściwej nomenklatury. Ostatnio Monika, koleżanka z pracy coś tam o dewolaju wspominała i tak mnie jakoś natknęła. A nie jadłem tego specjału od kilkunastu lat. A i sam nigdy dotąd nie robiłem. Zatem kolejną umiejętność zdobyć można.
Ponoć taki tradycyjny dewolaj to jest tylko z samym masłem w środku. Ja zrobiłem taką nieco bogatszą wersję: z cebulą, serem żółtym i pieczarkami. I jeszcze z suszonym czosnkiem i suszoną cebulą, które dostałem kiedyś od AleDobre.pl. Już parę razy wspominałem o tym sklepie. I wspominałem o ich przyprawach. Są genialne. Jeśli chodzi o przyprawy to nie znam lepszego sklepu. Nie wiem jak to robią, ani skąd je biorą, ale są świetne. Kolejny raz się to potwierdziło.
W dodatku te moje dewolaje to jakieś takie gigantyczne wyszły. Nie to żeby to złe było, wręcz przeciwnie. Zjadłem takiego jednego około godziny 15 i już do rana następnego dnia miałem dość.

2 piersi kurczaka
pół dużej czerwonej cebuli
3 duże pieczarki
ser zółty
sól, pieprz
do panierki:
mąka
2 jajka
bułka tarta

Cebulę i pieczarki kroimy drobno i dusimy na patelni. dodajemy też suszony czosnek i cebulę i sól i pieprz. I dusimy przez kilkanaście minut.
Piersi  należy przeciąć na pół żeby łatwiej je było rozbić. To znaczy nie tak do końca na pół, tylko rozcinamy przez środek, ale tak nie do końca. Tak żeby ją rozłożyć na dwie złączone ze sobą połówki. Tak żeby nie była taka gruba. Przykrywamy folia spożywczą i delikatnie i cierpliwie ubijamy. Trochę to potrwa, bo musimy uderzać lekko, żeby nie podziurawić mięsa, a jednocześnie żeby naprawdę bardzo je rozpłaszczyć. Jak już piersi będą gotowe, a farsz uduszony i ostudzony to na środek rozbitych piersi układamy po kilka łyżek farszu. Ser kroimy w słupki i na farszu układamy kilka takich słupków. I zawijamy dokładnie i ściśle, żeby farsz nie wyleciał ze środka.
I panierujemy: obtaczamy w mące, potem w jajku i tak kilka razy na przemian. Na koniec w bułce tartej. Tak żeby solidna warstwa panierki była. Możemy przy panierowaniu jeszcze ugniatać rulon dłońmi żeby się lepiej wszystko trzymało.
Smażymy w głębokim oleju kilka minut z każdej strony.
Smacznego!



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 18 października 2012

Surówka z kapusty pekińskiej i pora


Ta surówka jest tak prosta, że zastanawiałem się czy zamieścić tutaj ten przepis. Bo przecież każdy go zna! Ale to jedna z moich ulubionych surówek więc przepis musi się tutaj znaleźć :)

1 kapusta pekińska
2 marchewki
1 por
250 ml jogurtu
2 łyżki majonezu
sól, pieprz

Pora kroimy na plasterki, kapustę siekamy, a marchewkę ścieramy na dużych oczkach. Dodajemy jogurt (lub jak ktoś woli to śmietanę), majonez, sól i pieprz, mieszamy i gotowe. Prawda, że proste? A jakie smaczne!



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 15 października 2012

Quiche ze szpinakiem i twarogiem


Czasami lubimy z Madzią wszamać tartę lub quiche. Łatwo się robi i smaczne jest. Teraz więc przyszła pora na qiuche ze szpinakiem i twarogiem. Pierwotnym pomysłem był ser feta, ale po penetracji lodówki okazało się, że nie mam fety, ale za to mam twaróg. Pomyślałem chwilę i stwierdziłem, że się nadaje. Finalnie okazało się, że miałem rację, twaróg się bardzo bardzo nadaje, quiche wyszło naprawdę pyszne, mieliśmy z Madzią doskonałą kolację.
Teraz już przejdę do sedna, bez zbędnego przedłużania, bo dochodzi północ i muszę za moment iść spać. Wspomnę tylko, że za mąkę dziękuję (nie po raz pierwszy) sklepowi e-maka.pl.
Przepis na ciasto jest tutaj. Ale jeśli się komuś nie chce tam sięgać to skopiuję go i wkleję tutaj:

Składniki na spód (na 2 tarty):
100 ml wody
150 g zimnego masła
1 żółtko
2 łyżeczki soli

Masło kroimy na małe kawałki i łączymy z resztą składników. Szybko wyrabiamy ciasto do połączenia składników, czyli przez kilka minut. Jeśli byłoby za luźne/za twarde to dodajemy odrobinę mąki/wody. Ale powinno być w sam raz. Formujemy kulkę, zawijamy w folię spożywczą i chowamy na 50 minut do lodówki. Po tym czasie wyjmujemy, dzielimy na 2 części, rozwałkowujemy i wykładamy ciastem nasmarowane olejem foremki do tarty. Wierzch tarty wykładamy papierem do pieczenia i wysypujemy na niego coś w miarę ciężkiego, np. groch, fasolę, czy chociażby ryż (żeby obciążyć ciasto, żeby właściwego kształtu nabrało). Nagrzewamy piekarnik do 190 stopni i pieczemy ciasto przez 15 minut. Zdejmujemy papier z naszym obciążeniem i dopiekamy ciasto jeszcze 5 minut. Wyjmujemy i czekamy aż ostygnie.

Farsz:
trochę masła (do smażenia)
2 ząbki czosnku
opakowanie mrożonego szpinaku, ale w liściach (albo świeży szpinak)
200 g twarogu
3 jajka
200 ml śmietany
100 ml mleka

Szpinak solimy, pieprzymy, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek i podsmażamy na maśle. Jak się trochę poddusi to zdejmujemy z ognia i czekamy aż wystygnie.
W misce mieszamy śmietanę, mleko i jajka i dodajemy przestudzony szpinak. Mieszamy wszystko ze sobą i wylewamy na ciasto. Od góry posypujemy pokruszonym twarogiem i pieprzymy.
Pieczemy 30 minut w 200 stopniach.
Smacznego :)


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 11 października 2012

Parówki zawijane w cieście


Dzisiaj zapraszam na parówki zawijane w cieście chlebowym, czyli w sumie na hot-dogi :) Tylko właśnie takie troszkę inne, nie parówka po prostu w bułę wsadzona, tylko owinięta ciastem chlebowym. A przepis mam od mojego zioma Wincenta (Wincent kazał mi koniecznie wspomnieć, że nie tylko od niego, ale też od jego dziewczyny Marty). A więc od Winca i Marty :) A Winca znać to dobra rzecz, bo Winc to nie byle jaki ziom jest. Jeszcze do niedawna ujeżdżał gitarę basową w zespole Skowyt, ale niestety ostatnio zmienił barwy klubowe. Piszę niestety, bo na koncerty Skowytu chodziłem z 3 powodów: muzyka fajna więc miło posłuchać, koncerty energiczne więc zawsze można było się na jakąś awanturkę załapać, no i zawsze mogłem z Wincetem trochę pogadać. Teraz rozmowy z Wincentem już odpadają, więc powody do chodzenia mam już dwa. W sumie też nie jest źle :)
No więc właśnie Winc któregoś dnia pochwalił się tym przepisem więc od razu natychmiastowo go sobie przywłaszczyłem. I wykręciłem 11 zawijanych paróweczek.

11 parówek (w przepisie Wincenta sojowe, u mnie drobiowe)
500 g mąki tortowej
250 ml wody
50 g świeżych drożdży
3 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka papryki
1 łyżeczka pieprzu (płaska, bo was zmiażdży pikantność)
1 jajko

Winc zaleca żeby drożdże najpierw rozetrzeć z cukrem i dopiero potem dodać do reszty składników. Ja byłem naprawdę okrutnie głodny więc nie miałem czasu na takie zabawy. Wszystko razem wrzuciłem do miski i wyrabiałem ciasto około 15 minut. Potem należy miskę zawinąć w folię spożywczą i schować do lodówki na 25 minut. Następnie na blacie oprószonym mąką wałkujemy ciasto. Winc z tego ciasta wycinał trójkąty i w te trójkąty zawijał parówki. Ja miałem inny pomysł. Ciasto posmarowałem ulubionym mazidłem, czyli sosami BBQ, które dostałem od AleDobre.pl (miodowym i pikantnym). A nieco dokładniej o tych sosach pisałem tutaj. Więc jak już posmarowałem to wycinałem z ciasta długie i wąskie (około 3 cm szerokości) paski. I te paski zawijałem wokół parówek. Winc jeszcze parówki dodatkowo owijał serem, co jest doskonałym pomysłem, ale ja sera nie miałem. I pieczemy 18 minut w 200 stopniach.

A jeśli nie planujemy od razu jeść wszystkich 11 sztuk to trzeba zrobić tyle ile się chce zjeść, a resztę pieczemy przez 12 minut. Wyjmujemy blachę z piekarnika i zostawiamy hot-dogi na blasze żeby wystygły. Potem chowamy do zamrażalnika i jak za nimi zatęsknimy to wkładamy takie zamrożone na 15 minut do piekarnika rozgrzanego do 125 stopni żeby się dopiekły. To znaczy żeby się rozmroziły, zagrzały, ale nie spaliły.

A jak chcecie się zapoznać z twórczością Skowytu to poniżej kilka zajawek (znacznie więcej znajdziecie na YouTube).

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 8 października 2012

Tęczowa tarta



Lato już na dobre za nami, a ja właśnie znalazłem zdjęcia, które zrobiłem z miesiąc temu, gdy lato zbliżało się już do końca. Wiem, wiem, powinienem ten wpis udostępnić wcześniej. Ale za to teraz można patrząc na tę słoneczną tęczową tartę powspominać sobie. Bo najbliższe ciepłe dni to pewnie za jakieś 4-5 miesięcy będą.
Przepis ten podejrzałem na Pomysłowym Pieczeniu. I zdjęcie tej tarty tak mnie zauroczyło, że najpierw z 10 minut się na nie po prostu gapiłem, a potem postanowiłem zrobić samemu. Tym bardziej, że i Madzia po zobaczeniu zdjęć na Pomysłowym Pieczeniu zaczęła naciski czynić żebym jak najszybciej zrobił :)
Przepis nieznacznie zmodyfikowałem pod siebie, ale jeśli macie swój sprawdzony przepis na spód tarty to oczywiście śmiało możecie mój zignorować :)

A mąkę orkiszową na tę tartę dostałem od e-maka.pl.

Składniki na spód (na 2 tarty):
100 ml wody
150 g zimnego masła
1 żółtko
2 łyżeczki soli

Masło kroimy na małe kawałki i łączymy z resztą składników. Szybko wyrabiamy ciasto do połączenia składników, czyli przez kilka minut. Jeśli byłoby za luźne/za twarde to dodajemy odrobinę mąki/wody. Ale powinno być w sam raz. Formujemy kulkę, zawijamy w folię spożywczą i chowamy na 50 minut do lodówki. Po tym czasie wyjmujemy, dzielimy na 2 części, rozwałkowujemy i wykładamy ciastem nasmarowane olejem foremki do tarty. Wierzch tarty wykładamy papierem do pieczenia i wysypujemy na niego coś w miarę ciężkiego, np. groch, fasolę, czy chociażby ryż (żeby obciążyć ciasto, żeby właściwego kształtu nabrało). Nagrzewamy piekarnik do 190 stopni i pieczemy ciasto przez 15 minut. Zdejmujemy papier z naszym obciążeniem i dopiekamy ciasto jeszcze 5 minut. Wyjmujemy i czekamy aż ostygnie.

Składniki na nadzienie:
1 cukinia
1 bakłażan
2 marchewki
1 czerwona papryka
200 ml śmietany kremówki 30%
2 jajka
150 g sera żółtego
sól, pieprz

Warzywa kroimy na paseczki. Cienkie, ale jednocześnie szerokie, żeby łatwo było je wbijać w naszą masę śmietanowo-jajeczną. Marchewki można pokroić przy pomocy obieraczki do warzyw.
Jajko i śmietanę rozbełtać razem w miseczce (razem z bardzo drobno pokrojonym lub startym żółtym serem), przyprawić solą i pieprzem i wylać na ostudzoną tartę. I na tej masie obok siebie układamy kolorowe warzywne paseczki. Całość delikatnie skrapiamy oliwą i pieczemy przez 25 minut w 170 stopniach.
Smacznego :)





---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...