sobota, 31 marca 2012

Naczynie szklane Neoflam


Otrzymałem jakiś niedawny czas temu szklano-ceramiczne naczynie od firmy Neoflam. Znaczy się garnek taki, tylko że ze szkła. Właściwie sam nie wiem jak to nazwać. Szklany garnek? Naczynie żaroodporne w kształcie garnka? Bo w każdym razie jest to takie coś jak widać na zdjęciu. Jeszcze tego nie testowałem więc opisać mogę, póki co, takie ogólne wrażenie z dotykania/oglądania.
Na pierwszy rzut oka widać kwiatki, jakiś taki makowy babciny wzorek. Prawdę mówiąc pytałem, czy mają taką bardziej "męską" wersję, ale okazało się, że to jedyny wzór. Cóż, da się przyzwyczaić :) Mnie akurat średnio kręcą babcine klimaty, ale to indywidualna kwestia gustu. Prawdą jest, że kwiatki w niczym nie przeszkadzają.
Naczynie jest naprawdę ładnie i starannie wykonane i wygląda (pomijając wzorek) cudownie. Poza tym jest niezwykle funkcjonalne: wedle zapewnień producenta można go używać w mikrofalówce, w piekarniku, a również po prostu podgrzewać w nim na kuchni elektrycznej lub gazowej. Tylko na indukcyjnej nie bardzo. A również można myć w zmywarce (chociaż to akurat może być zbędne, bo producent zapewnia, że te naczynia bardzo łatwo się myją).
Naczynia te, razem z jedzeniem w środku, można również przechowywać w lodówce, czy zamrażarce i nie przenikają one zapachem żywności.
Podobno też naczynie to posiada na dnie specjalną powłokę, która zapobiega zarysowaniom podczas gotowania i mycia. Fajnie.

Ja osobiście raczej będę używał tego naczynia tylko do dwóch celów:
Po pierwsze primo: mam wrażenie, że da si w nim piec zajebiaszczo ładne okrągłe chleby! Powinno się do tego celu nadać idealnie więc możliwe, że będzie w częstym użyciu. Zresztą lada dzień przetestuję i dowiecie się, czy miałem rację.
A po drugie primo: to naczynie jest naprawdę ładne i wpadłem na taki pomysł, że może po prostu służyć jako waza na zupę. Wlewamy zupę do środka, stawiamy na środek stołu i każdy sam się obsługuje. I od razu obiad wygląda zupełnie inaczej :) A że wspominałem wiele razy, że zupy lubię to i tutaj naczynie w ruchu ciągłym będzie.

Naczynie występuje w trzech wielkościach: 1 litr, 1,5 litra i 3 litry. Ja akurat mam to środkowe.

Póki co wizualno-dotykowych wrażeń będzie na tyle. Wkrótce opublikuję wrażenia z pieczenia okrągłego chleba.

A żeby przypadkiem ktoś nie myślał, że tylko chwalić potrafię jak prezent dostanę, to mam też kilka zastanawiających uwag:
- Wspominałem o łatwości mycia. A w innej części instrukcji jest napisane: "jeśli pożywienie przywrze do naczynia, nalej wody o zagotuj ją". No to jak w końcu jest z tą łatwością mycia?
- W jednej części instrukcji jest napisane: "Naczynia są odporne na nagłe zmiany temperatury". Za to w drugim miejscu: "Zaleca się stopniowe podwyższanie ciepła podczas gotowania". No to są odporne na nagłe zmiany temperatury, czy trzeba stopniowo?

Jeśli przypadkiem ktoś od producenta się tutaj zaplącze to może nam wyjaśni te kwestie :)

No i już na koniec - i to wcale nie w ramach czepiania się, tylko raczej żartów, bo niezmiernie mnie to rozbawiło. Otóż przeczytać możemy: "Ceramika Vitro, dzięki odporności na temperatury była pierwotnie wykorzystywana do budowy głowic rakiet kosmicznych. Poprzez to ceramika nadaje się świetnie jako materiał na artykuły kuchenne."
No i co, mam mieć radochę, że jem prosto z głowicy rakiety kosmicznej? No dobra :) Ważne, że zabawnie wyszło, mi się podoba :)

No i tak już zupełnie na koniec: nie wiecie pewnie o tym, ale jestem językowym onanistą. Dostaję dreszczy jak widzę takie babole jak w jednym z ostatnich zdań instrukcji:
"Nie dopuszczaj, aby żaden z produktów nie upadł na twarde powierzchnie". Czy twórca tego zdania rozumie jego sens?! Wątpię... Znaczy ono ni mniej ni więcej tyle co: miej baczenie, aby jak najczęściej walić tym garem o podłogę :)
Tak więc żeby uściślić: drugie "nie" jest absolutnie całkowicie zbędne. Kategorycznie!

No nic, na szczęście to nie lekcja polskiego, a naczynko naprawdę mi się podoba. Niedługo przetestuję je na polu walki więc zapraszam ponownie.

A naczynie kupić można na przykład tutaj.



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

czwartek, 29 marca 2012

Bułki grahamki


No i proszę, na mojego blogowego maila dostałem przepis razem ze zdjęciem od Grażyny. Fantastycznie się stało. I to z kilku powodów. Otóż skoro Grażyna przepis przesłała to znaczy, że blog się jej podoba :) Również dość istotne jest to, że dzięki Grażynie mogę mieć ten przepis i wam go udostępnić. Bo tutaj sprawa jest taka, że w kwestii grahamek to u mnie jest słabo. Jakoś nie trafia ta mąka do mnie, nie bardzo lubię. Znaczy pewnie musiałyby jakieś nadzwyczajne wydarzenie zaistnieć żebym z własnej woli zrobił i przepis zamieścił. A tak to wilk syty i owca cała :) Ja robić nie musiałem, a przepis jest. Dziękuję zatem Grażynie i umieszczam całego maila, jakiego od niej dostałem:

"Mój mąż uwielbia pieczywo graham, więc nie miałam wyjścia. W sklepie za jedną (sporą, przyznaję) bułeczkę trzeba zapłacić 80 groszy. Moje tańsze, a w smaku wcale nie gorsze.
Pozwalam sobie podać przepis:

Na 8 bułeczek średniej wielkości:



150 g mąki  graham (typ 1850)

175 g mąki pszennej typ 650

8 g  świeżych drożdży

0,5 łyżeczki soli

1 szklanka mleka



Drożdże rozpuściłam w połowie letniego mleka i dodałam do połowy maki.  Wymieszałam i dałam rosnąć przez godzinę (w foremce automatu do pieczenia chleba). Po godzinie dodałam resztę mleka, maki i sól i włączyłam program 11 - wyrabianie ciasta. Razem z faza rośnięcia zajęło to 1,5 godziny.

Ciasto pięknie wyrasta, jest miękkie, ale nie lepiące, prawie mąki nie potrzeba do uformowania bułeczek. Zrobiłam podłużne, bo wyglądają bardziej apetycznie niż okrągłe. W piekarniku siedziały w 200 stopniach przez 30 minut (metalowa miseczka z wodą tez była). Po wyjęciu, bardzo gorące posmarowałam pędzelkiem umoczonym w odrobinie rozpuszczonego masła, żeby nabrały urody.

Mężowi smakowały, mam nadzieję, że i innym też posmakują".



No i takiego właśnie maila dostałem. Raz jeszcze dziękuję Grażynie i czekam na więcej przepisów, zarówno od niej, jak i od was również :)


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

wtorek, 27 marca 2012

Zupa z maślanki


Piszę to przy okazji każdej zupy, więc teraz też nie może tego zabraknąć: Uwielbiam zupy! Wszelakie :)
A tym razem zupa wyjątkowa: zrobiona z maślanki. Nie sądziłem, że maślanka nadaje się do spożywania na ciepło, raczej nigdy nie mieściło się to w kanonie mojego smaku. Ale gdybyśmy robili tylko rzeczy, które znamy i lubimy to do dzisiaj pewnie w jaskiniach byśmy siedzieli i ogień krzesali dwoma kamieniami. No a jak ja w takiej jaskini krzesając ogień bym swoje chlebki robił? No jak? No nie robiłbym. Dlatego na szczęście dzięki odwadze jednostek wydostaliśmy się z jaskiń i mogłem zamienić krzemienie na elektryczny piekarnik :) A teraz dzięki pomysłowi i odwadze Madzi mogłem zrobić maślankową zupę, na którą w normalnych okolicznościach bałbym się spojrzeć. Ale siła wyższa była, bo mieliśmy w lodówce 3 litry maślanki i trzeba było jakoś ją spożytkować. Litr wypiłem, ale więcej się nie da :) Madzia więc poszperała w internecie i na blogu o bardzo smacznej nazwie Mniam-Mniam znalazła zupę maślankową. Hhmm, z pewnymi obawami podszedłem do tego przepisu, ale teraz - gdy zupa już zjedzona - mogę powtórzyć zdanie z początku tego wpisu: uwielbiam zupy, wszystkie! Maślankową również. No bez jaj, jest naprawdę rewelacyjna. Kremowa i bardzo delikatna, nie przypomina w smaku niczego co dotąd jadłem. Znaczy się żadnej zupy w smaku nie przypomina. Jest zupełnie inna od wszystkiego i jest pyszna!

Zatem przepis:
1 litr maślanki
200 ml śmietany
400 ml wody
6 ziemniaków (700-750 g)
2 łyżki mąki
1 kostka jarzynowa
natka pietruszki (lub koperek)
sól, pieprz
jajka (tyle jajek ile osób chętnych do jedzenia)

Ziemniaki kroimy w dość dużą kostkę i gotujemy razem z kostką warzywną w 400 ml wody. Jak ziemniaki będą miękkie to część (niewielką) odkładamy - tyle ile będziemy chcieli mieć na talerzach. Resztę w tej wodzie co się gotowały miksujemy blenderem. Dodajemy mąkę i śmietanę i znów miksujemy. Dodajemy maślankę i gotujemy na maluteńkim ogniu przez 15 minut. Solimy, pieprzymy. Na talerzu przyozdabiamy natką pietruszki (lub koperkiem) i wkrajamy po jednym jajku do każdego talerza. No i dodajemy ziemniaki, które wcześniej odłożyliśmy.
Smacznego :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

niedziela, 25 marca 2012

Buchty


Pora na coś słodkiego! Pora na buchty! Jak mówi Wikipedia, buchty to "słodki wyrób piekarniczy: bułeczki wypiekane z ciasta drożdżowego, najczęściej z nadzieniem (marmoladą lub dżemem). Bywają również wypiekane bez nadzienia, wówczas podaje się je z dżemem, miodem lub masłem do smarowania. Buchty nie lukruje się, nieraz natomiast posypywane są przed podaniem cukrem pudrem.
Buchty wypiekane są w piecu, piekarniku lub prodiżu, jako leżące obok siebie kulki z ciasta drożdżowego, które rosnąc w procesie pieczenia, łączą się tworząc spójną, aczkolwiek podzieloną na buchty masę. Gotowe ciasto łatwo rozrywa się dłońmi na buchty.
Przepisy na buchty są różnorodne, łączy je obecność wśród składników mąki, drożdży, mleka, masła oraz jaj".

To tyle co miała nam do powiedzenia mądra Wikipedia. Teraz przemówię ja: przepis podejrzałem na blogu Dwie Chochelki. I takie cudne zdjęcie tych bucht było, że musiałem też zrobić :) Zresztą Madzia wciąż i wciąż marudzi, że coś słodkiego by zjadła. No to ma :)

550 g mąki pszennej
35 g świeżych drożdży
50 g cukru
1 łyżeczka soli
3 jajka
250 ml mleka
60 g roztopionego masła
powidła śliwkowe (lub co tam lubimy) na nadzienie

Zaczynam od zrobienia zaczynu: wkruszamy drożdże do dużego kubka, zasypujemy łyżeczką cukru, łyżką mąki i zalewamy łyżką mleka. Mieszamy i zostawiamy w cieple na 15 minut żeby wyrosło.
W tym czasie w małym rondelku rozpuszczamy masło i czekamy aż wystygnie.
Potem mieszamy w dużej misce wszystkie składniki (oprócz jednego jajka - będzie potrzebne na glazurę) i wyrabiamy ciasto przez 20 minut. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na godzinę żeby wyrosło. Potem przez kilkanaście sekund znów wyrabiamy i dzielimy ciasto na części.
Ilość części zależy od naszej blachy, którą mamy. Tak postarajmy się zwizualizować to sobie i oceńmy ile kulek nam się tam zmieści. U mnie wyszło 15. Podzieliłem więc ciasto na 15 części i każdą część po kolei rozwałkowałem na dość cienki placek. Na środek kładziemy łyżeczkę lub dwie powideł i lepimy kulkę. I tak po kolei. Kulki kładziemy na porządnie natartej masłem (lub innym tłuszczem) formie dość blisko siebie żeby podczas wyrastania zlepiły się ze sobą. Bo buchty zlepione być muszą. W przeciwnym razie to będą tylko zwykłe drożdżowe bułki z dżemem :) No i przykrywamy ściereczką i zostawiamy do wyrośnięcia na 30 minut.
Tuż przed wsadzeniem do piekarnika smarujemy buchty jajkiem rozbełtanym z odrobiną mleka. Nagrzewamy piekarnik do 190 stopni i pieczemy 25-30 minut. Wyjmujemy z piekarnika, czekamy z 15-20 minut aż nieco przestygnie i wyjmujemy z blachy na kratkę do dalszego stygnięcia. Albo jemy na ciepło :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

piątek, 23 marca 2012

Książka "Wypiekanie chleba krok po kroku"



Dostałem właśnie z AleDobre.pl książkę Dana Leparda i Richarda Whittingtona "Wypiekanie chleba krok po kroku" i poproszony zostałem o zrecenzowanie jej.
Obaj panowie autorzy są piekarzami w doskonałej londyńskiej piekarni Baker & Spice specjalizującej się w "domowym" pieczywie. To znaczy, oczywiście, robią w ilościach przemysłowych, ale korzystają ze starych domowych sposobów. Dzięki czemu pieczywo wygląda i smakuje tak, jakbyśmy sami w domowym zaciszu je zrobili. Zresztą każdy z tych przepisów przetestowany został w zwykłym domowym piekarniku.

Przekartkowałem póki co tę książkę, nie zagłębiałem się jakoś mocno w poszczególne przepisy, przejrzałem kilkanaście. I takie pierwsze moje wrażenie: książką jest fajnie wydana, są rzeczywiste zdjęcia upieczonych chlebów, przy jakimś bardziej skomplikowanym składaniu chleba są zdjęcia krok-po-kroku. Przystępnie i zrozumiale napisana. Spoko, podoba mi się.
Na zdecydowany plus zasługuje również tłumaczenie książki. Co mam na myśli? Mam na przykład w swojej biblioteczce jakąś książkę o chlebach niemieckiej autorki. I tutaj tłumacz się nie wykazał. Pełno tam jest typów mąk, których nie znajdziemy na polskim rynku, a tym samym nie bardzo będziemy wiedzieć jakiej mąki użyć. Tutaj na szczęście jest inaczej. Brytyjskie mąki zostały przełożone na polskie realia (a konkretnie na Polskie Normy - bo to one klasyfikują typy mąk). Żebym został właściwie zrozumiany: nie chodzi mi o to, że w oryginale były inne mąki, a w przekładzie są zupełnie inne. Raczej podejrzewam, że są te same, tylko nazewnictwo i typy mąk zostały dostosowane do tego, co regulują Polskie Normy. A to spory plus.

Książka zaczyna się od dość długiego wstępu, w którym poznajemy historię piekarni Baker & Spice, jej filozofię, a także historię samego chleba, czy mąki. Ot, taka pigułka historii, podana w ciekawej, łatwo przyswajalnej formie. Miło się czyta.
A potem przechodzimy do rzeczy konkretniejszych, czyli jest garść pożytecznych porad i wskazówek. I co trzeba mieć żeby zacząć, czyli wyposażenie naszej domowej piekarni.
Jak wyrabiać ciasto, jak formować bochenki, czy bułki - same pożyteczne wskazówki i rady.

I w końcu, gdzieś w 1/3 grubości książki dochodzimy do przepisów. I tutaj moje uwagi: przepisy są naprawdę fajne, ale mam wrażenie, że raczej przeznaczone dla nieco bardziej doświadczonych "piekarzy". Z autopsji wiem, jak również z miliarda blogów, które czytam, że ludzie, którzy zaczynają przygodę z chlebem wolą proste przepisy, tak żeby się sprawdzić. Żeby zobaczyć co to w ogóle jest. Bez udziwnień, łatwo i szybko. Tak na początek. Też przecież tak miałem. Unikałem przepisów, których nie rozumiałem lub, które wymagały zbyt dużo pracy.
Przepisy są naprawdę "egzotyczne", często wymagające różnych zakwasów (sposób zrobienia każdego z tych zakwasów jest oczywiście szczegółowo opisany), sam proces "produkcji" chleba często jest baaaardzo długotrwały (związany z dość długim czasem produkcji zakwasu). Są też oczywiście szybsze w przygotowaniu chleby oparte o drożdże, jednak każdy przepis ma jakąś tam nutkę "ekscentryczności". Nie jestem pewien, czy ktoś kto zaczyna dopiero zabawę z pieczeniem chleba będzie zachwycony. No chyba, że od razu chce na głęboką wodę skoczyć, wtedy owszem, czemu nie...

Ja na przykład jestem tą książką zachwycony. Jestem już po prostu znudzony wciąż identycznymi chlebami, które robię, rutyną w którą wpadłem, braku jakiejś "przygody" przy pieczeniu. Ta książka da mi właśnie to czego szukam. Myślę, że co jakiś czas będę do niej sięgał i parę przepisów z niej z całą pewnością się tutaj znajdzie. Bądźcie więc czujni :)

Jeżeli więc ktoś, tak samo jak ja, poszukuje nowych wrażeń związanych z domowym wypiekiem chleba, to ta książka jest dobrą pozycją, warto ją mieć na półce.


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

środa, 21 marca 2012

Frizzante Piemonte D.O.C. Chardonnay


Jakiś czas temu (piszę to ze sporym opóźnieniem) zgłosił się do Madzi niejaki Gabriel z portalu poświęconego winom dotrzechdych.pl z nie byle jaką propozycją. Zresztą do innych blogerek też się zgłosił. Bo akcja generalnie skierowana była do kobiet. 
Ale przejdźmy do konkretów, znaczy się do owej propozycji. Otóż Madzia dostanie butlę winiaka jeśli je zrecenzuje. No toż to przecież złoty interes, któż by nie chciał butelki wina za gratisa? :) Dodatkowo postanowiliśmy z Madzią tutaj tę recenzję zamieścić, w ramach podziękowania za przyjemny wieczór przy winie. Jako główny blogowy skryba ja piszę ten post wyręczając Madzię w tym niewdzięcznym obowiązku. Zatem pozwolę sobie zacytować recenzję, którą Madzia wysłała wspomnianemu Gabrielowi.

"W końcu, nareszcie. Kurier dostarczył Frizzante Chardonay D.O.C. Stanęło ono na stole, a w koło my: ja, czyli Madzia. Pablo - mąż mój i Marta, przyjaciółka wspólna, właściwie prawie członek rodziny. Czyli wszyscy w komplecie. Pierwsze spojrzenie: etykieta. Minimalistyczna. A jednak rzucająca się w oczy. Doskonale zaprojektowana. Takie lubię właśnie. Skromnie i ze smakiem. Nie szata zdobi człowieka, czy jakoś tak... :) Chociaż w sumie w tym wypadku zdobi również i szata, bo jak pisałam: skromna, ale rzucająca się w oczy. No nic, nie samą szatą, czy tam etykietą człowiek żyje, pora się napić :)
Honory pana domu czynił Pablo. Hmm, w sumie dziwne by było gdybym ja honory pana domu czyniła. A tak na marginesie to chyba przejęłam po mężu skłonności do suchych żartów i kiepskich dygresji :) Otóż Pablo przeczytał, że jeśli wino będzie dobrze schłodzone i podane zostanie ze skórką cytryny to doskonale posłuży jako aperitif. Nie bardzo wiedzieliśmy w jakiej formie tę skórkę zaserwować więc Pablo wystrugał skrobaczką do warzyw fantazyjne farfocle i umieścił je w kieliszkach. Wizualnie wyszło nieźle. Jak się chwilę później okazało smakowo nawet bardziej niż nieźle.
Wino ma jasny słomkowy kolor, jest bardzo, ale to naprawdę bardzo delikatnie musujące, mocno schodzone ze skórką cytrynową doskonale orzeźwia. Co prawda jest marzec, ale podejrzewam, że na lato nie byłoby lepszego orzeźwienia. W tym spisuje się rewelacyjnie. Intensywny smak cytrusów fantastycznie rozlewa się po języku i dalej po przełyku, leciutko spływa i chce się więcej i więcej. Podejrzewam, że nawet bez skórki cytrynowej efekt byłby zbliżony, bo korek fantastycznie pachniał cytrusami. Skórka jeszcze bardziej wzmocniła ten smak. Latem, gdy usiądziemy w naszym ogródku nie wyobrażam sobie niczego innego.
Po jakiejś godzinie, gdy wino nabrało temperatury pokojowej smak nieco się zmienił. Wcale nie na gorsze, po prostu stał się inny. Już nie tak ostry, nie tak przyjemnie drażniący podniebienie. Stał się nieco łagodniejszy. Aromat poszedł chyba w innym kierunku. To już nie były cytrusy, ale jakby jakieś jabłka, winogrona... Sama nie wiem... Jakiś taki niesiony wiatrem zapach targu owocowego. Bardzo przyjemna nuta.
Ogólnie wino zaskakuje swoją zmiennością smaków i chętnie do niego wrócę. Chętnie sprawdzę inne pozycje marki Frizzante".

No to tyle Madzia. Teraz parę słów ode mnie. Wino faktycznie nie kulawe. Jakbym potrafił tak ładnie pisać i mówić jak Madzia to potwierdziłbym powyższe słowa. A mówiąc treściwie i po męsku: spoko, daje radę. Mógłbym je bez problemu pić, gdyby Madzi częściej je wysyłali :)
Faktycznie jest naprawdę smaczne, ma fajną owocową nutę. Ale chyba bardziej trafia do kobiet. Albo ewentualnie do ludzi, którzy nie mają gardła przeżartego hektolitrami piwa :)
Bo tak: kosztuje 38 złotych. A w smaku niewiele przewyższa moje ulubione Liebfraumilch za złotych 15 :) Taaak, wiem... Liebfraumilch to tani sikacz doprawiany cukrem, ale czy ja jestem znawcą win? :)
Powiem tak: jeśli stać cię na wino za 38 złotych to się nie zawiedziesz, gwarantuję.


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 19 marca 2012

Quesadilla z serem


Tak jak ostatnio pisałem wpadła do nas w odwiedziny Marta ze swoim facetem kucharzem. No i jak tak wpadli to 5 dni u nas siedzieli, hehe. O ja pierdziu, czułem się jak na wakacjach. Albo przynajmniej jak w akademiku :) Ale nie, w akademiku to nie, tam takiego dobrego żarcia nie ma, tam to studenci konserwy i zupki Amino wciągają. Ale 5-dniowa impreza podobna do tych akademikowych była. Nie pamiętam kiedy ostatni raz przeżyłem coś takiego. Moja wątroba też już dawno o takich imprezach zapomniała...

Ale wspomniałem o dobrym żarciu. Jeeeeee! To było coś niesamowitego! Marcin, chłopak Marty, stanął na wysokości zadania. To znaczy potrawy może nie jakieś wyszukane, ale to i dobrze, bo wychodzę z założenia, że mają dobrze smakować, a niekoniecznie być popisem w stylu "jestem zajebisty i zaraz wam to udowodnię". Więc właśnie smakowały tak niesamowicie, że nie mogę się doczekać kiedy Marcin znów nas odwiedzi. Jednak czuć rękę prawdziwego kucharza. Tyle tego było, że sam już nie pamiętam wszystkiego. Śmiało mogę powiedzieć, że jadłem wtedy absolutnie najlepsze spaghetti carbonara w życiu. Poważnie. Po prostu wgniotło mnie w fotel. Jadłem już kilka razy u różnych ludzi, jadłem swoje własne, jadłem w restauracjach, ale to był kompletny masakrator. W pozytywnym znaczeniu of kors :) Była też makaronowa sałatka z tuńczykiem (albo inną rybą - prawdę mówiąc nie pamiętam już - w końcu spora ilość alkoholu niezbyt pozytywnie wpływa na proces percepcji i zapamiętywania), było chili con carne, była w ramach przekąski quesadilla, pewnie było też coś jeszcze, ale naprawdę nie byłem w stanie i pamięcią i żołądkiem ogarnąć wszystkiego. Było nawet sushi, ale to już Marta zrobiła.
No i właśnie wspomniałem, że była quesadilla. Z serem żółtym. Absolutnie najprostsza przekąska jaką można zrobić, przygotowanie jej nie trwa więcej niż 5 minut. A jest naprawdę smaczna. Do tego stopnia mi zasmakowała, że postanowiłem zrobić samemu teraz. Zresztą co to robić, robi się samo. Naprawdę nic nie trzeba robić. 5 minut i gotowe. Quesadilla występuje w miliardzie wersji. To znaczy jako nadzienia możemy użyć wszystkiego, co nam przyjdzie do głowy. Chili con carne, pomidory, oliwki, kurczaka, jakąś wędlinę... No po prostu wszystko co mamy pod ręką. Ale właśnie najbardziej klasyczną jest taka z żółtym serem. I ta ubogość dodatków wcale niczego jej nie odejmuje, jest pyszna!

A potrzebujemy do niej tylko placków tortilla i żółtego sera.

Oczywiście placki możemy zrobić sami, ale akurat uważam, że te które można kupić w sklepach są doskonałe. A jeśli są dobre, to używać ich można :)
Zatem bierzemy taki placek i ścieramy na grubych oczkach żółty ser (jakiś niezbyt twardy, żeby się dobrze topił). Ser układamy na jednej połówce placka i przykrywamy drugą połówką. I smażymy na patelni. Dobrze by było mieć do tego patelnię grillową, ale jak nie mamy to dramatu nie ma, zwykła też się nada. Smażymy na średnim ogniu z minutę, może dwie, przekręcamy na drugą stronę i tyle samo czasu smażymy. Aż ser się roztopi, a placek przyrumieni. Ściągamy, kroimy na pół i podajemy ciepłe z ulubionymi sosami.

No prawda, że proste? :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

piątek, 16 marca 2012

Gotowanie na Kolanie


Właśnie parę dni temu natknąłem się w internecie na ciekawą inicjatywę. Otóż internetowa telewizja TV Południe prowadzi cykl "Gotowanie na kolanie". Fajna konwencja, zabawie pokazane. Są to krótkie filmiki, na których prowadzący wraz z wybranym gościem pokazują jak szybko, łatwo i tanio zrobić coś dobrego. Zresztą co będę sam wymyślał, oto cytat z ich strony:

"Program "GOTOWANIE NA KOLANIE" to kulinarna propozycja dla tych, którzy nie lubią spędzać dużo czasu w kuchni, ale lubią dobrze zjeść. Prowadzący, Krzysztof Korecki, przygotowuje proste, szybkie i tanie potrawy (najczęściej z półproduktów) w oparciu o zawartość ubogich lodówek. Razem z prowadzącym, nie zważając na konsekwencje, wchodzimy do mieszkań studentów Warszawy i gotujemy w ich kuchniach, które jak można się domyślać są często ubogie w sprzęt. Nasze potrawy choć banalne i niedrogie są prawdziwie smaczne i godne najwybredniejszych podniebień, dlatego nasz program nie zamyka się tylko w grupie docelowej studentów, ale też wszystkich szybko żyjących ludzi, niezależnie od płci i wieku.
Zapraszamy do obejrzenia studenckich kuchni od środka i do wykorzystywania przepisów, którymi się z wami dzielimy."

A czemu to właściwie wszystko piszę? Bo być może wkrótce zostanę bohaterem jednego z odcinków :) Jakby co, to będę informował :)

Poza tym mam takiego plana, żeby jakoś tam w wolnej chwili wypróbować wszystkie te ich przepisy, zobaczymy co są warte właściwie :) Powiem szczerze, że pomysł takiego "studenckiego", czyli szybkiego i taniego gotowania mi się podoba. No i właśnie sprawdzę, czy do tego wszystkiego to jest jeszcze smaczne gotowanie. Jak przeżyję to zdam relację tutaj na blogu :)
A tymczasem zapraszam do obejrzenia najnowszego, 6. odcinka Gotowania Na Kolanie.




---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

wtorek, 13 marca 2012

Bułki śniadaniowe


Tak jak pisałem w poprzednim poście zrobiłem na raz domową wędlinę i te właśnie okrągłe bułki śniadaniowe. Bo jutro Marta przyjeżdża ze swoim nowym facetem kucharzem i trzeba się jakoś pokazać :)
Kurcze, pisać nie mogę, bo Tosia, jeden z moich kotów, nabrała ostatnio dziwnego zwyczaju wskakiwania mi na kolana przy każdej możliwej okazji. A jak ją ignoruję i stukam dalej w klawiaturę to mnie w palce gryzie :)
Ale wracając do bułek. Zrobiłem je z mąki orkiszowej, ale z zupełnie innej niż dotąd. Bo zawsze orkiszowa, której używałem była taka ciut ciemniejsza niż zwykła mąka pszenna. Nieznacznie, ale ciemniejsza. A teraz dostałem ze sklepu ekologicznego natusfera.pl w ramach przetestowania coś o nazwie "Mąka orkiszowa jasna typ 750 - chlebowa". No i faktycznie jest jasna, zupełnie tak jak tradycyjna mąka pszenna, zupełnie biała. Fajnie, bo właśnie na takie bułki miałem ochotę, na takie zwykłe jasne :) A te akurat nie do końca zwykłe będą, bo orkiszowe, ale za to jasne zupełnie :) Fajnie, polecam tę mąkę, fajna i smaczna jest - jak się okazało. No i zdrowa - jak to orkiszowa.

A teraz już  pora na przepis (dodam jeszcze, że kolejny już raz zainspirowałem się blogiem Moje Wypieki):

2 łyżeczki soli
2 łyżeczki cukru
50 g masła
15 g świeżych drożdży
280 ml mleka

Masło rozpuszczamy w rondelku i czekamy żeby nieco ostygło. No i potem już wszystko razem do miski wrzucamy i wyrabiamy ciasto przez 20 minut. Przykrywamy ściereczką i zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia na 1 godzinę. Po tym czasie znów przez kilkanaście sekund wyrabiamy i dzielimy ciasto na 12 części. Z każdej formujemy okrągłą bułkę i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Tak nie za blisko siebie, bo bułki jeszcze ładnie wyrosną. Znów przykrywamy ściereczką i zostawiamy do wyrośnięcia na 40 minut. Tuż przed włożeniem do piekarnika nacinam bardzo ostrym nożem (nie za głęboko) krzyżyk na środku bułek, smarujemy delikatnie mlekiem i pieczemy przez około 25 minut w 200 stopniach.
Wyjmujemy na kratkę do ostygnięcia. Smacznego! :)



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

niedziela, 11 marca 2012

Domowa wędlina


Pisałem ostatnio, przy okazji zawiniętych w supeł bułeczek, że jestem z siebie dumny. No to teraz jestem drugi raz dumny z siebie. Zrobiłem prawdziwą domową wędlinę! Pierwszy raz. W sumie skomplikowane to nie było, ale skoro już pierwsze koty za płoty to może za jakieś kiełbasy się wezmę? Hmm, poczytam o tym, zobaczymy...
A wrócę jeszcze do bułek-supełków. Bo pisałem tam, że Marta przyjeżdża, i że czasu w ogóle nie mam i pewnie będę musiał ją ugościć pizzą na telefon. Otóż na szczęście plamy takiej nie było. Madzia stanęła na wysokości zadania i zrobiła pieczonego królika. Łaaaał, zajebiaszczy był, powaga! A teraz właśnie jutro znowu Marta przyjeżdża i to tym razem ze swoim nowym facetem! Nówka sztuka prosto z Krakowa :) I to w dodatku kucharz z wykształcenia podobno! No i powiedział, że przyjedzie pod jednym warunkiem: że udostępnimy mu swoją kuchnię i on będzie mógł przygotować kolację. Hmmm, no nie wiem... No doooobra, chyba się zgodzę :)
A tymczasem dzień przed przyjazdem Marty i Marcina zrobiłem właśnie tę wędlinę, żeby się jakoś pokazać kucharzowi, hehe. A co, niech nie myśli, że tylko on łychą mieszać potrafi :) Wędlina naprawdę rewelacyjna! I coś mi się wydaje, że będę ją robił częściej, bo po pierwsze primo jest smaczniejsza niż marketowa, a po drugie primo znacznie tańsza! No to czego chcieć więcej?

A przepis podejrzałem (i lekko zmodyfikowałem według swoich potrzeb) na blogu Co by tu zjeść?

2 kg mięsa (u mnie schab, ale może być pewnie cokolwiek)
2 litry wody
100 g soli
2 łyżki majonezu
2 pikantne suszone papryczki chilli (opcjonalnie)
1 łyżka cukru
4 ząbki czosnku
Przyprawy, które lubimy i uznamy, że się nadają. U mnie: 2 łyżeczki tymianku, 2 łyżeczki cząbru, 1 łyżeczka kminku, 1/2 łyżeczki pieprzu ziołowego, 1/2 łyżeczki pieprzu czarnego, 1 łyżeczka gorczycy, 4 ziela angielskie, 2 liście laurowe

Od razu na początku dodam, że na wspomnianym Co by tu zjeść? było napisane, że majonez ma być Winiary. Nie mam pojęcia, czy to ma znaczenie, ale na wszelki wypadek specjalnie kupiłem Winiary :)

I tak: mięso myjemy i odkładamy, na razie nie będzie nam potrzebne.
Całą resztę składników dajemy do dużego gara i gotujemy. Jak zagotujemy to wyłączamy i zostawiamy do ostygnięcia. Potem wkładamy go garnka mięso i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy 5 minut. Wyłączamy, przykrywamy przykrywką i zostawiamy na całą noc, do rana. Rano znów doprowadzamy do wrzenia i znów gotujemy 5 minut. Wyłączamy i zostawiamy do całkowitego ostygnięcia.
Potem podgrzewamy piekarnik do maksymalnej temperatury, wyłączamy go i do wyłączonego gorącego piekarnika wkładamy wędlinę. Niech tam leży póki piekarnik nie ostygnie. Trochę się nam wędlina tam osuszy. No i właściwie to tyle, gotowe :) Muszę naprawdę nad jakimiś kiełbasami pomyśleć. Byłoby naprawdę nieźle! :)

A razem z tą wędliną zrobiłem też okrągłe bułki śniadaniowe. W końcu z czymś trzeba wędlinę jeść :) Przepis w następnym poście.


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

piątek, 9 marca 2012

Bułki supełki



Noooo, teraz to jestem naprawdę z siebie dumny :) Podpatrzyłem któregoś dnia na blogu Tak sobie pichcę... fantastyczne bułeczki idealnie nadające się na leniwe śniadanie przed telewizorem. W łóżku nie, bo jakoś nie ogarniam tego fenomenu śniadań w łóżku. Wy lubicie potem spać w pościeli pełnej okruchów? Ja chyba jakiś taki za bardzo praktyczny jestem. No w każdym razie na śniadanie przed telewizorem idealne są. Takie zakręcone w supełek :) A że Madzia znów marudzi, że bułki rzadko robię to i pretekst jest żeby zrobić. Tym bardziej, że jutro szykuje się baaardzo leniwy dzień przy winie, bo przyjeżdża nasza kumpela Marta. Tak więc między kolejnymi butelkami będzie można sobie przegryzać. Że co, że do wina niby bułki nie pasują? No nie pasują, ale co z tego? :) Będziemy jedli i pili :) A jak się komuś nie podoba to niech nie je. Albo nie pije :)
Tak naprawdę to harmonogram mam jutro dość napięty więc żadnej paszy zrobić nie zdążę niestety. Aż wstyd, ale pewnie skończy się na tych bułkach i na zamówieniu pizzy. Chyba, że razem z Martą coś zrobimy. Bo przyznać muszę, że Marta pomysły i zdolności ma. Więc zobaczymy...

Ale wracając do bułek... Nieco zmodyfikowałem przepis z Tak sobie pichcę..., bo tam jakoś tak przez całą noc ciasto wyrasta i to w lodówce, a ja nie bardzo mam czas na to, bo jak pisałem jutro ciężki dzień przede mną zanim Marta przyjedzie. Więc:

125 ml wody
125 ml mleka
540 g mąki szymanowskiej typ 480
1 łyżka mąki ziemniaczanej
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
85 g oleju
40 g świeżych drożdży
1 jajko i mleko (na glazurę, do posmarowania)
pestki dyni, mak, siemię lniane (do posypania bułek)

Najpierw robimy zaczyn: do dużego kubka nalewamy 125 ml wody, wkruszamy tam drożdże, zasypujemy cukrem i dajemy z naszej porcji mąki 2 czubate łyżki. Mieszamy łyżką żeby się składniki połączyły, a drożdże rozpuściły i zostawiamy w ciepłym miejscu na 15-20 minut żeby zaczyn wyrósł.

Jak już wyrośnie to wszystko razem do miski wrzucamy. Oczywiście oprócz ziaren, które nam posłużą do posypania bułek i mleka i jajka na glazurę. No to wrzucamy i wyrabiamy ciasto przez 10 minut. Potem odstawiamy i pozwalamy ciastu tak luzem odpocząć przez 5 minut. Potem znów 10 minut wyrabiamy.
I przykrywamy ściereczką i zostawiamy do wyrośnięcia na 1 godzinę.
Potem przez chwilkę znów wyrabiamy i dzielimy ciasto na 12 części. Każdą część wałkujemy i wiążemy supełek: instrukcja na samym dole.
Układamy gotowe bułki-supełki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i przykrywamy ściereczką na 30 minut. Przed włożeniem do piekarnika smarujemy bułki jajkiem rozbełtanym z odrobiną mleka i posypujemy makiem, pestkami dyni i siemieniem lnianym - niekoniecznie po tych samych bułkach :) 4 mogą być z makiem, 4 z siemieniem i 4 z dynią. A jeśli lubimy coś innego to mogą być z tym co lubimy.
Pieczemy przez 20-25 minut w 220 stopniach. Studzimy na kratce.
Smacznego :)

Dodam na koniec, że siemię lniane i pestki dyni dostałem w prezencie od ekologicznego sklepu naturo.pl

A jak mi klikniecie kilka razy w te reklamy z prawej strony na bocznym pasku to już prawie zarobię żeby za kolejny rok za domenę zapłacić :)


A tutaj instrukcja zawijania supełków:

1. Najpierw robimy pętelkę:



2. Potem jeden koniec zawijamy pod spód bułki:



3. A drugi koniec zawijamy od góry i wkładamy w środek bułki:












Delikatesy ekologiczne naturo.pl

Najbogatsza oferta produktów ekologicznych i naturalnych w Polsce, możliwość dostawy na terenie całego kraju. Przejrzysty podział na kategorie, blisko 3000 produktów ekologicznych i naturalnych oraz wyjątkowo niskie ceny i zaskakujące promocje.

Delikatesy Naturo.pl – Zapraszamy na ekologiczną stronę życia.



---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

środa, 7 marca 2012

Chleb pszenno-żytni z ziarnami słonecznika



Dzisiaj chciałem przekazać na wasze ręce, a właściwie wasze monitory taki mieszany chleb, trochę pszenny, trochę żytni. Mam ciekawą mąkę, z której jeszcze nie korzystałem. Mąka żytnia pełnoprzemiałowa  grubomielona.  Taki prezent od natusfera.pl. Kurcze, naprawdę jest grubo mielona :) Nie da rady raczej z samej takiej mąki chleba zrobić, dlatego musiałem użyć w połączeniu ze zwykłą pszenną. To znaczy dać pewnie się da, ale kruszyć się będzie okrutnie. Ostatnio próbowałem z samej pszennej grubomielonej (też od natusfera.pl) zrobić to chlebek wyszedł cudowny, ale kroić się go nie dało niestety. Dlatego zamiast wylądować na blogu to skończył marnie w śmietniku.
Nie mam teraz akurat za wiele czasu więc dzisiaj bez zbędnych dygresji, konkrety same.

300 g mąki pszennej
150 g mąki żytniej pełnoprzemiałowej grubomielonej
200 ml wody
100 ml mleka
20 g drożdży
100 g pestek słonecznika
1 łyżeczka soli
1 łyżka miodu

Jak zawsze bez zbędnych ceregieli wszystko razem do kupy, tzn. do dużej miski wrzucamy i wyrabiamy ciasto. Tak żeby było elastyczne i w miarę możliwości nie przywierało do dłoni. Tak 10-15 minut.
Przykrywamy ściereczką i zostawiamy do wyrośnięcia na 1 godzinę. Potem znów krótko wyrabiamy i przekładamy do foremki chlebowej. Znów przykrywamy ściereczką i na kolejną godzinę zostawiamy.  Ładnie nam wyrośnie. Pieczemy przez 50 minut w temperaturze 200 stopni.
No i gotowe. Krótko i zwięźle, bo jak pisałem spieszę się :)

A chlebek ma taki ładny kształt dzięki formie z AleDobre.pl


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 5 marca 2012

Drożdżowe paluchy z żółtym serem



Na blogu Moje Wypieki (z którego już nie raz korzystałem) znalazłem genialny przepis! Paluchy z serem. Ale nie jakieś tam zwykłe paluchy, ale wyrabiane specjalną metodą azjatyckich mistrzów. Metodą "tang zhong", znaną również pod nieco bardziej angielską nazwą "water roux". Od razu mnie to zaciekawiło i nie tracąc zbyt wiele czasu przystąpiłem do robienia własnych paluchów.
A wspomniana metoda jest bardzo prosta, polega na odpowiednim zaparzeniu mąki. Powoduje to, że bułki są lekkie i puszyste. Ale o tym później, najpierw nieco dygresji, bo przecież wiecie, że przepis bez dygresji się nie liczy :)
Siedzę właśnie teraz w domu, a tu co chwilę Madzia do mnie dzwoni z pracy. No dzwoni i dzwoni i pracować mi nie daje. A to, że jej się nudzi, a to że tak tylko chciała zapytać co robię, a to czy kotom kuwetę posprzątałem, a to czy panowie od okien już przyszli, a jak nie od okien to może chociaż ci od wanny byli, a to że może bym żeberka udusił. Że to pokroić trzeba, tak na dwa kciuki grubości, ale nie moje kciuki, tylko  Madziowe kciuki. I z cebulą udusić. No a czy ja noszę w  kieszeni jej kciuki żebym wiedział jaka to grubość? Eeehh, też chciałbym mieć taką pracę żeby móc sobie pozwolić na 15 prywatnych telefonów w ciągu dnia :) Zresztą dajmy spokój z żeberkami, w mig o nich zapomni jak zobaczy jakie fajne paluchy na nią czekają. Nie samymi żeberkami człowiek żyje :) A faktycznie paluchy wyszły cudne. Naprawdę polecam zrobienie tym bardziej, że robi się naprawdę łatwo, a efekt może zaskoczyć.

A dodam jeszcze, że kolejny raz poratował mnie Bogutyn Młyn, a raczej konkretnie mąka bogutynowa. Którą to kiedyś dostałem w prezencie i wciąż używam. Ale już pewnie niedługo, bo na wykończeniu już jest. Ale póki jest to używam, a ze swojej strony polecam zakupy w Bogutyn Młyn.

90 g mąki pszennej
1 łyżeczka cukru
1 duże jajko
65 g mleka
75 g "water roux" - przepis poniżej
45 g roztopionego masła

I dodatkowo:
1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka na glazurę
suszona, sproszkowana papryka i około 90-100 g żółtego sera do posypania

Najpierw zatem szybki przepis na "water roux":
Do garnka wsypać 50 g mąki pszennej chlebowej i zalać 250 ml zimnej wody. Podgrzewać na średnim ogniu cały czas mieszając, aż substancja zgęstnieje i osiągnie 65 stopni. Zdjąć z palnika i poczekać aż wystygnie.
Jeśli nie mamy stosownego termometru to po prostu podgrzewajmy kilka minut, aż uzyskamy konsystencję gęstej kaszki dla niemowląt. Ja osobiście nie mam pojęcia co to jest gęsta kaszka dla niemowląt, cytuję tylko za blogiem Moje Wypieki :) Na szczęście termometr mam, a przyznam szczerze, że kupiłem go jakieś dwa lata temu i teraz użyłem dopiero po raz pierwszy.
Wyjdzie nam znacznie więcej "water roux" niż potrzebujemy. Podobno można je trzymać przez dwa dni w lodówce, gdyśmy następnego dnia znów chcieli taki bułki zrobić. A pokusa będzie potężna, bo bułki pyszne :)

No i dalej już po staremu, jak zawsze: Obie mąki wymieszać z drożdżami, dodać resztę składników i wyrabiać ciasto jakieś 15-20 minut, aż będzie gładkie i elastyczne. Uformować kulę i przykryć ręcznikiem na 1,5 godziny.
Wyrośnięte ciasto jeszcze przez moment wyrabiać, żeby je odpowietrzyć. Potem podzielić na 8 równych części (autorka Moich Wypieków podaje, że na 16 części, ale ja wolę takie większe buły). Uformować z nich podłużne paluchy (12-15 cm). Ułożyć je na blasze oprószonej mąką lub wyłożonej papierem do pieczenia. Ewentualnie na specjalnej formie do bagietek. Ja niestety jeszcze takiej nie mam. Tylko na tej blasze to nie za blisko siebie, bo jeszcze trochę urosną, muszą więc mieć miejsce.
Znowu przykrywamy ręcznikiem i zostawiamy na 1 godzinę. Niech sobie grzecznie rosną.

Tuż przed włożeniem do piekarnika smarujemy roztrzepanym jajkiem, posypujemy papryką i startym serem.
Pieczemy około 20 minut (do zrumienienia) w 180 stopniach. I studzimy na kratce.

I przyznać się, kto jeszcze nie klikał w reklamy na bocznym pasku z prawej strony? :)


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...