niedziela, 31 lipca 2011

Ofensywa sierpniowa! :)


Ostatni dzień lipca. A jutro pierwszy dzień sierpnia. Co to oznacza? Ano zależy dla kogo. Dla dzieciaków oznacza to, że już połowa wakacji za nimi, studenci się dopiero rozkręcają, bo mają jeszcze dwa miesiące :) A co to oznacza dla mnie? Całą masę szczęścia! Mianowicie postanowiłem przez cały sierpień, każdego dnia zamieszczać jakiś przepis! 31 dni sierpnia, 31 przepisów. A jak się rozpędzę to może i kawałek o wrzesień zawadzę :) To co prawda nie to samo, co bohaterka filmu "Julie i Julia", która przez rok codziennie na swoim blogu zamieszczała jeden przepis, ale i tak jestem sam z siebie dumny :)

A jednocześnie chciałbym ten blog tworzyć razem z wami. Jeśli chcecie podzielić się ze mną i z resztą czytelników jakimś swoim przepisem, jakąś potrawą którą zrobiliście to podeślijcie to do mnie. Może być sam przepis to sam chętnie przetestuję, może być przepis razem ze zdjęciem już zrobionej potrawy to od razu zamieszczę... Z góry dziękuję, a kontakt do mnie jest tutaj.

A tymczasem od jutra zapraszam każdego dnia na coś nowego :)

sobota, 30 lipca 2011

Chleb musztardowo-miodowy


Od dawna mi ten chleb chodził po głowie. To tak w ramach wymyślania różnych ciekawych (czasami dziwnych :)) chlebów razem z Karoliną. Po odrzuceniu kilku żartobliwych propozycji takich jak np. chleb z wódką, chleb ze śledziem, czy np. chleb z ziemniakami, sałatką i kotletem, pozostał na polu boju właśnie chleb musztardowo-miodowy :) Połączenie w sumie całkiem ciekawe. Niestety Karolina unika musztardy jak ja modlitwy, więc tym razem nie będzie moim testerem. Trudno, niech żałuje :p
A oto szybki i prosty przepis:

600 g mąki pszennej jasnej
250 ml mleka (może być lekko ciepłe)
125 wody
20 g świeżych drożdży
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki suszonego estragonu
4 łyżki miodu
120 g musztardy francuskiej (takiej z kuleczkami)
3 łyżki oliwy
1 łyżeczka cukru

Najpierw robimy zaczyn: 100 g mąki, wodę, wkruszamy drożdże i sypiemy cukier. Mieszamy łyżką i odstawiamy na 20 minut, niech zacznie rosnąć.
W międzyczasie do dużej miski wrzucamy całą resztę składników. Jak zaczyn wyrośnie to dodajemy go do reszty i całość mieszamy w misce przez 20 minut (ciasto będzie dość rzadkie). Potem przykrywamy ściereczka i zostawiamy na godzinę do wyrośnięcia.
Po godzinie przekładamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia (najlepiej zmoczyć przy tym dłonie) i ponownie przykrywamy ściereczką, znów na godzinę.
Nagrzewamy piekarnik do 175 stopni i pieczemy 40 minut. Wyjmujemy i studzimy na kratce.

A jak mamy automat do chleba (i do tego jeszcze mamy lenia) to wrzucamy wszystko do maszyny, nastawiamy program podstawowy, odpalamy i wychodzimy na taras z piwem w dłoni. Mamy ponad trzy godziny pracy automatu więc warto się wyposażyć w więcej niż jedno piwo :)

Chlebek wyszedł naprawdę pyszny. W sumie dość słodki, ale nie za słodki. I z wyraźnie - ale tak właśnie akuratnie z umiarem - wyczuwalną musztardą. A kulki gorczycy cudownie chrupały w zębach.

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

sobota, 23 lipca 2011

Sałatka krabowa


Od jakiegoś czasu zalegały mi w lodówce paluszki krabowe. Znaczy tak naprawdę to paluszki surimi, które z krabami niewiele mają wspólnego, ale powszechnie nazywane są właśnie krabowymi. Pomyślałem zatem, że pora je wykorzystać. Wybór padł na sałatkę. Jeśli mnie pamięć na myli to inspirację czerpałem z jednego z wpisów na cincin.

paczka (250 g) paluszków krabowych
ogórek szklarniowy
pęczek koperku
makaron ryżowy
2 łyżki majonezu
sok z 1 cytryny

Paluszki kroimy na kawałki - jeden paluszek na cztery części. Skraplamy sokiem z cytryny i odstawiamy na jakieś pół godziny.
Ogórka ścieramy na tarce o dużych oczkach, koper drobno siekamy, dodajemy do paluszków krabowych.
Makaron ryżowy (jakąś taką stosowną porcję, tak około 150 g) gotujemy wedle zaleceń na opakowaniu i dodajemy do całości. Potem wszystko zaprawiamy dwiema łyżkami majonezu i wstawiamy na godzinę do lodówki. I po godzinie sałatka jest gotowa.

Smacznego! :)

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

sobota, 16 lipca 2011

Ziołowe ślimaczki z boczkiem


Wspominałem o tych ślimaczkach w poprzednim wpisie, przy okazji wpisu o kurczaku curry. A pomysł to powstał już dawno temu. Ale jak to zawsze u mnie bywa - musiał poleżeć i nabrać mocy urzędowej :) A wziął się mianowicie stąd, że Karolina będąc kiedyś gdzieś-tam została poczęstowana takim ślimaczkiem przez ekipę "Kuchennych rewolucji". Wzięła więc i jednego dla mnie i tak właśnie powstał pomysł zrobienia ich samemu. Jak finalnie się okazało moje ślimaczki niewiele miały wspólnego z pierwowzorem, ale były równie smaczne :> Nawet teraz, ze dwie minuty temu, Magda zakrzyknęła z wanny: "A wiesz co? Zaje***te ślimaczki!" Hehehe :) W sumie ciekawa przekąska z tego wyszła. Tak żeby na przykład do piwa sobie chrupać. Co zresztą właśnie w tej chwili robię :)
Dobra, piszę szybko ten przepis, bo zaraz drugie piwo będę otwierał i mi się mogą literki pogubić.

500 g mąki
20 g świeżych drożdży
3 łyżki oleju
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki cukru
300 ml mleka
Mieszanka przypraw: 1 łyżeczka czosnku, 1 łyżeczka papryki słodkiej, pół łyżeczki chilli, pół łyżeczki estragonu, pół łyżeczki cząbru, pół łyżeczki lubczyku, pół łyżeczki tymianku, szczypta rozmarynu
300 g boczku
oliwa z oliwek do smarowania ślimaczków

Zaczynamy od pokrojenia boczku w drobniutką kostkę i podsmażenia go na patelni. Ja boczku miałem 350 g, ale podczas krojenia musiałem podzielić się z kotami i zostało mi właśnie około 300 g :) Potem czekamy aż boczek ostygnie i wszystko razem wrzucamy do wielkiej miski i wyrabiamy ciasto przez 20 minut. Będzie po wyrobieniu idealnie sprężyste, nie będzie przylegało do dłoni.
Potem przykrywamy ściereczką i zostawiamy do wyrośnięcia na 1 godzinę. Ciasto całkiem ładnie wyrośnie. Znów przez kilkanaście sekund je wyrabiamy i wykładamy na stolnicę. Urywamy małe kawałki (około 40 gram) i w dłoniami wałkujemy cienkie sznurki, tak ze 35 cm długości. Mi tych sznurków wyszło 26. Jak już mamy sznurki porobione to bierzemy małą miseczkę i nalewamy do niej oliwę z oliwek. I bierzemy też pędzelek. I każdy z tych sznurków smarujemy pędzelkiem dość obficie tą oliwą. A potem skręcamy z każdego z nich ślimaczki. Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, nagrzewamy piekarnik do 200 stopni i pieczemy 15 minut. Gotowe :)

A w kolejnym wpisie sałatka krabowa :)

Smacznego!

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

sobota, 9 lipca 2011

Kurczak curry


Pierwsze siedzenie w kuchni w nowym mieszkaniu. Jeszcze nawet nie wszystko rozpakowane jest (i w sumie prawdopodobnie już nie będzie, bo jednak głęboko wierzę w to, że to tylko tymczasowe mieszkanie i za dwa-trzy miesiące zrobimy przeprowadzkę już na nasze własne), ale jeść trzeba. Szybkie spojrzenie do lodówki i okazało się, że mamy pierś z kurczaka. No to pierwsza myśl to właśnie kurczak curry. Przepis banalnie prosty, a obiad niezwykle smaczny :)

A tak na marginesie dodam, że kilka dni bez garów mnie trochę zasmuciło i jak się dorwałem do kuchni to oprócz tego kurczaka to zrobiłem jeszcze niesamowite ziołowe ślimaczki z boczkiem i sałatkę krabową. Ale o tym... w kolejnych wpisach-przepisach :)
A tymczasem kurczak ma się tak:

400 g piersi z kurczaka
1 łyżeczka słodkiej papryki
1 łyżeczka czosnku granulowanego
2 łyżeczki curry
szczypta chilli
sól, pieprz - do smaku
300 g jogurtu naturalnego
makaron ryżowy

Kurczaka kroimy w dość duże kawałki i mieszamy ze wszystkimi powyższymi składnikami, oprócz makaronu. Mieszamy razem dokładnie i chowany na godzinę do lodówki żeby się zamarynowało.
A jak się już zamarynuje to wywalamy na patelnię i podsmażamy. W międzyczasie gotujemy makaron ryżowy. Jak się ugotuje to wrzucamy go na patelnię do kurczaka i podsmażamy całość jeszcze trochę. Przepis prosty jak, hmm... Jak kurczak curry :)
A tak w ogóle to właściwie tego kurczaka robiła Madzia - żona moja najukochańsza. Muszę to dopisać, bo już się na mnie krzywo patrzy :)

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

środa, 6 lipca 2011

Jagodzianki


W poprzednim wpisie - wczoraj – pisałem, że to mój ostatni wpis i ostatni wypiek w starym mieszkaniu. Taaaa, nie mogłem chyba bardziej minąć się z prawdą… Otóż byliśmy z Magdą w Puszczy Kampinoskiej na jagodach :) Tak, tak, wiem, że tam nie bardzo można nic zrywać. Ale te jagody tak się do nas uśmiechały… :) W sumie obrobiliśmy tylko jedną polankę. A jagód było tyle, że z tej jednej polanki mieliśmy dwa litrowe słoiki i całkiem spory metalowy kubek :) No więc jak już mieliśmy te jagody to Magda wymyśliła sobie jagodzianki. Eeehh, spory problem. Bo kartony właściwie już popakowane, zostawiliśmy tylko kilka naczyń do bieżącego użytku. Nie wiem gdzie co jest, gdzie wałek, gdzie waga, gdzie potrzebne rzeczy typu mąka i cukier… No po prostu masakra. Mieszkanie gotowe do opróżnienia i wywiezienia, a Magdzie się jagodzianek zachciało :) Tak luźno w pracy powiedziałem o tym i odzew był taki, że nie miałem wyjścia, zamówienia na buły z jagodami posypały się jak z rękawa, hehe. Nie miałem wyjścia, trzeba było robić. Ale właśnie jak, skoro nie wiem gdzie co jest? :/ Zacząłem od szperania w necie w poszukiwaniu jakiegoś przepisu. I kolejny raz poratowała mnie Liska, a właściwie jej blog. I tutaj po raz pierwszy doceniłem zalety „szklankatury”. Bo Liska, zamiast na gramy podaje składniki na szklanki. Bo oczywiście wagi nie udało mi się znaleźć (gdyby mi się udało to pewnie obaliłbym powiedzenie „szukaj igły w stogu siana”). Ale i tak nieźle mi poszło, bo znalazłem i mąkę i cukier i nawet tarkę (bo też będzie potrzebna). A nawet papier do pieczenia :) Niestety oprócz wagi do rzeczy zagubionych/nie-odnalezionych zaliczyłem również wałek. Ale nie na darmo ostatnio obejrzałem wszystkie sezony McGyvera :) Jako wałek posłużyła mi butelka po Łomży. I widzisz Magda, a mówiłem, że picie piwa podczas pakowania to dobry pomysł! Opłacił się także mój zwyczaj dzielenia świeżych drożdży na 20 gramowe porcje i zamrażania ich. Bo właśnie 20 gram teraz mi było potrzebne. Więc tylko wyjąłem z zamrażalnika zawiniątko i po problemie. Na oko tylko musiałem odmierzyć 120 g masła. Ale to było proste. Podzieliłem kostkę masła na równe porcje, wziąłem tyle ile trzeba i gotowe :) No dobra, zgromadziłem wszystkie składniki i wziąłem się do roboty.

Dodam jeszcze, że przepis Liski nieznacznie zmodyfikowałem, ale to tak tylko troszeczkę :)

Zaczyn:
20 g świeżych drożdży
1/2 szklanki mleka
1/2 szklanki mąki tortowej
1/4 łyżeczki cukru

Ciasto:
120 g masła
3/4 szklanki cukru
3 żółtka
1/2 szklanki mleka
opakowanie cukru waniliowego
1/4 łyżeczki soli
2 łyżki skórki z cytryny
3,5 szklanki mąki tortowej

Nadzienie:
jagody (pewnie około 300 g)
3/4 szklanki cukru
opakowanie cukru waniliowego

Glazura:
1 jajko
trochę cukru

Najpierw robimy zaczyn: drożdże rozpuszczamy w letnim mleku w dużym kubku (koniecznie dużym, bo mocno rosną). Po 3 minutach dodajemy mąkę i cukier i dokładnie mieszamy. Owijamy folią i zostawiamy na 30 minut.
W międzyczasie na malutkim ogniu rozpuszczamy w rondelku masło. Do miski wrzucamy mąkę, sól, startą na tarce skórkę z cytryny, mleko i żółtka (i jeśli zapomniałem czegoś wymienić to też to dodajemy :)) Potem dodajemy nasz wyrośnięty zaczyn. Mieszamy dokładnie około 15-20 minut. Ciasto będzie się troszkę kleiło, ale takie ma być. Miskę szczelnie owijamy folią spożywczą i odstawiamy na godzinę do wyrośnięcia. Następnnie wyjmujemy na stolnicę (możemy ją lekko posypać mąką) i dzielimy na 15 części. Każdą część wałkujemy na w miarę cienki placek i wypełniamy nadzieniem. Zawijamy, formujemy bułkę i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pewnie trzeba będzie to na dwa razy zrobić, chyba, że ktoś ma dwie blachy. Ja nie mam. Jak już porobimy te bułeczki to przykrywamy je ściereczką, żeby nie obsychały i zostawiamy na jakieś 30 minut. Potem smarujemy jajkiem i posypujemy cukrem.

Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni i pieczemy jagodzianki około 25 minut - tak żeby się ładnie zarumieniły.

Jutro w pracy zobaczymy, czy się ludzie nie potrują :)

[EDIT]: No dobra, chyba poszło nieźle. W pracy musiałem wysłuchać ze 30 (!!!) minutowego gadania jaki to jestem fajny i w ogóle to niemożliwe, że sam to wszystko robię, bo przecież faceci to tylko na piciu piwa się znają, a w ogóle to Magda to ma dobrze ze mną (słyszysz Magda? :)) i powinna chyba iść do Częstochowy podziękować za takiego faceta i w ogóle i w ogóle :) Eeehh, a ja stałem taki sobie skromny i słuchałem :> A Karolina tylko chichotała mi za uchem i widząc moją kiepsko ukrywaną skromność bzyczała: "lllluubisz to!" :> Eeeh, jak ona mnie zna :>

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

wtorek, 5 lipca 2011

Puszyste bułeczki maślane


Na wstępie - bo potem zapomnę - powiem, że to są absolutnie najbardziej puszyste bułeczki jakie kiedykolwiek zrobiłem. Długo szukałem idealnego przepisu na bułki i chyba właśnie go mam :) To jest właśnie to! Dosłownie rozpływają się w ustach. Są mięciutkie i maślane, mógłbym codziennie na śniadanie takie opierdzielać :) Ale raczej nie chce mi się codziennie tak rano wstawać żeby je robić. Cóż, szkoda i trudno :) Ale czasami pewnie jeszcze je zrobię. Nawet Magda, która dość krytycznie podchodzi do moich wypieków nie mogła przestać się zachwycać tymi bułkami :) Mam nadzieję, że komuś kiedyś przyda się ten przepis. Tymczasem to ostatni przepis na starych śmieciach. Robię sobie kilka dni, może tydzień, czy dwa przerwy na przeprowadzkę. To znaczy we wpisach przerwy nie będzie, bo i tak robię je znacznie wcześniej (i mam ich spory zapas :)) i ustawiam na dany dzień żeby się automatycznie uaktywniały.
Zatem podaję przepis:

570 g mąki tortowej
24 g świeżych drożdży
185 ml mleka
85 g masła (może być margaryna do pieczenia)
4 łyżeczki cukru
3 jajka
1 łyżeczka soli
plus:
rozkłócone jajko z odrobiną mleka do posmarowania bułek przed pieczeniem

Najpierw robimy zaczyn, czyli odlewamy z naszego mleka 100 ml (do jakiegoś dużego kubka), dajemy cukier i drożdże, mieszamy aż się drożdże rozpuszczą i odstawiamy w ciepłe miejsce na 10 - 15 minut. Aż zaczyn wyrośnie. Potem wrzucamy do miski wszystkie składniki, a na końcu zaczyn. Wyrabiamy dość długo, około 15-20 minut, aż ciasto będzie idealnie sprężyste i w ogóle nie będzie przyklejało się do dłoni.
Wyrobione ciasto nakrywamy szmatką i odstawiamy do wyrośnięcia na godzinę. Ciasto znacznie powiększy swoją objętość, a wtedy wyjmujemy je z miski na stolnicę i wyrabiamy jeszcze przez kilka chwil.
Dzielimy ciasto na 12 części i z każdej formujemy kuleczkę. Robimy to w taki sposób, że zbieramy brzegi do środka, tak jakbyśmy chcieli zawiązać sakiewkę. Wtedy kulki będą gładkie i mocno naprężone.
Wykładamy blachę papierem do pieczenia i układamy nasze kulki obok siebie. Znowu nakrywamy ściereczką i znowu zostawiamy na godzinę. Przez ten czas bułki nabiorą takiego naprawdę kształtu bułek (no może nie do końca, tak finalnie to uformują się dopiero w piekarniku) i wtedy smarujemy je obficie jajkiem rozrobionym z kilkoma łyżkami mleka. W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 190 stopni i wstawiamy bułki. Pieczemy około 20 minut - aż nabiorą ładnego rumianego koloru.

Ja zajadałem się nimi z dżemem porzeczkowym, który zrobiliśmy razem z Magdą poprzedniego lata.

Smacznego! :)

A inne bułki maślane, takie bardziej na słodko, znajdziecie tutaj.

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

poniedziałek, 4 lipca 2011

Święto hot-doga!


Łaaał, właśnie wszechwiedzący internet doniósł mi, że dzisiaj jest święto hot-doga! :> Raczej staram się nie robić takich pustych wpisów (w sumie ten będzie drugi w mojej karierze), ale nie mogłem tak wzniosłego święta pominąć milczeniem, hehe :) Eeehh, zawsze uważałem amerykanów za trochę... hmm... dziwny naród, w sumie pewnie nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać :) Ale dobrze, przynajmniej mam się przy czym teraz rozerwać w pracy :) Tak, czy siak mogli sobie wybrać lepszy termin na świętowanie parówy, wszak dzisiaj jest również ich najważniejsze święto narodowe. Ale mi tam wszystko jedno, chcą tak to mają tak :) A żeby nie było tak zupełnie bez przepisu to polecam dwa dość stare przepisy na hot-dogi z tego bloga:


I jeszcze jeden wpis, w sumie też poniekąd trzyma się tematu :)


A tak od siebie to obiecuję dzisiaj w drodze z pracy zatrzymać się gdzieś i wciągnąć przynajmniej jedną bułę z parówą. Słowo harcerza! :)

Czuwaj!


---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)

sobota, 2 lipca 2011

Graham z siemieniem lnianym


Nie pamiętam kiedy ostatnio robiłem grahama. Musiały jakieś miesiące minąć. Pora więc najwyższa zrobić, tym bardziej, że jutro do pracy, a pieczywka ani na rano na śniadanie, ani na kanapki do pracy nie ma. Zatem Magda się bierze za oglądanie serialu na "M", a ja idę do kuchni :)

Składniki:
500 g mąki graham
40 g świeżych drożdży
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
200 ml mleka
50 ml oleju
8 łyżeczek siemienia lnianego

Najpierw robimy zaczyn: pół szklanki wody, drożdże, cukier i łyżka mąki. Mieszamy i zostawiamy w ciepłym miejscu na jakieś 20 minut - żeby wyrosło. A jak wyrośnie do do dużej miski wrzucamy zaczyn i wszystkie inne składniki. I mieszamy około 20 minut. Powinno nam wyjść sprężyste i nieprzylegające do dłoni ciasto. Przykrywamy miskę ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na godzinę. Po godzinie przez moment wyrabiamy (żeby odpowietrzyć ciasto) i przekładamy do foremki wyłożonej papierem do pieczenia. Przykrywamy ściereczką na kolejna godzinę - niech jeszcze raz wyrośnie. Jak wyrośnie to smarujemy wierzch mlekiem i pieczemy przez godzinę w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

EDIT: Tak, tak, wiem, że serial na "M" w wakacje nie jest emitowany, ale ten wpis zrobiłem już dość dawno temu, a teraz dopiero udostępniłem :)

---------------------------------------------------------------------
Chcesz dostawać moje przepisy prosto na e-mail? Wpisz swój adres z prawej strony w okienko "Przepisy prosto na twój e-mail!". Od tej pory żaden przepis Ci nie umknie :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...